Powrót do siebie.

Minął rok. Nie potrafię nawet powiedzieć czy był to krótki, czy długi czas. Natomiast zmiany, jakie nastały w moim życiu w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, sprawiły, że stałam się trochę innym człowiekiem. Trudno teraz nie potknąć się o pytanie, czy ten rok, te miesiące zrobiły ze mnie lepszego czy gorszego człowieka. Ale i na to pytanie, niestety nie znam odpowiedzi. Jestem trochę inna. Pewne cechy zostały skutecznie utemperowane, inne się uwidoczniły.
Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że dziecko zmienia. Co więcej, sama nigdy nie lubiłam, kiedy powtarzano mi te słowa. Wiele matek traktowałam, jak takie co to wszystko wiedzą i na siłę chcą się tą wiedzą podzielić. Wiedzą, ktorej nie pragnęłam. Co więcej - nadal mi na niej nie zależy.
Jako kobieta, która zawsze chciała mieć dziecko a z jakiegoś powodu, przez długi czas się jej to nie zdarzyło, byłam wrażliwa na uwagi na temat posiadania i nie posiadania dzieci. Nie widziałam sensu w tłumaczeniu swoich planów, za to zawsze tupałam nogą, kiedy ktoś dziecko traktował jak wymówkę. Drażniło mnie to i nadal drażni.
Chociaż muszę przyznać, że teraz nie jestem już tak ostra i bezczelna w swoich ocenach. A przecież bywało różnie.
Teraz...Teraz wracam do siebie. Na wielu płaszczyznach. Wcześniej nie wiedziałam, że i to bywa dłuższym procesem ani też nie bardzo o siebie właśnie walczyłam. Obrałam drogę najprostszą. Drogę, którą na swój sposób gardzę. Uznałam zwyczajnie, że teraz będzie to, co ma być. Dzieci przecież rosną a swój czas trzeba poświęcić. Mąż może mieć swoje życie i wolne wieczory a ja jakoś się dostosuję. Nic sie przecież nie stanie, jak zapomnę na chwilę, że zawsze chciałam się nauczyć chociaż jeszcze jednego języka, albo kilka razy w miesiącu wyjść samotnie do kina.
I stało się.
Przy okazji odzyskiwania swojego ciała, zaczęłam rozmyślać o odzyskaniu siebie całej.
Powiedzmy sobie szczerze, pewne rzeczy nie będą już nigdy takie same i to biorę na klatę. Ale pewne...Ale pewne są w nas i w końcu wyjdą na powierzchnię, zaczną drażnić, upominać się, przypominać o sobie i na nic zakopywanie ich w podświadomości, albo życie zgodnie z dewizą: 'Pomyślę o tym jutro.'

Ten wczesny etap macierzyństwa był lekko buntowniczy. Ciało, jak cialo, wiedziałam, że muszę mu dać czas i nie czułam ciśnienia. Nie myślałam obsesyjnie o kształtach i kilogramach. Karmiłam, sama jedząc to, na co miałam ochotę i traktowałam ten etap, jako przedłużenie ciąży, kiedy to po kolacji składającej się z pizzy, dogadzałam sobie lodami o smaku truskawkowego sernika. Żyć nie umierać! Natomiast psychicznie...Psychicznie nadal byłam w pracy. Sprawdzałam maile chcąc jakby mieć pod kontrolą to, co się dzieje i zastanawiając się jednocześnie, czy kiedy przyjdzie moment powrotu, to czy dam sobie radę? Czy tam, w biurze ktoś będzie jeszcze na mnie czekał? Czy będę tam komuś jeszcze potrzebna? A potem przyszedł luz i zaczęłam się koncentrować na tu i teraz. Na moim dziecku, nad opieką i nocnym wstawaniu. Kilka tygodni przeszło w miesiące a ja w końcu odnalazłam swoją rutynę. Ciało piękniało a ja byłam dumna. Przestałam już sie tak obrażać na to karmienie, na ograniczenia, które się z nim wiązały. Mimo, że myślałam o odstawieniu mojej maleńkiej córeczki od piersi przynajmniej kilka razy dziennie, to zauważyłam, że coraz ciężej jest mi się na to zdobyć.


Odstaw ją.

Słyszałam to wiele razy. wiele razy też przytakiwałam i prawie czułam się gotowa do tego, jak się teraz okazuje, olbrzymiego kroku. Najpierw głośno mówiłam, że skończę karmić, kiedy Mała Mi skończy pół roku. Potem zaczęło się to znacząco przedłużać. Czułam, że karmiąc ją dłużej, robię bardzo dobrą rzecz. Instynkt matki podpowiadał mi, że to jest najlepsze dla tego maleńkiego człowieka. Zdarzało mi się szukać potwierdzenia swojej decyzji u różnych źródeł, ale w pewnym momencie poprostu zaufałam sobie samej. Aż przyszedł ten moment, kiedy zbliżał się już rok od kiedy Mała Mi pojawiła sie na świecie. Powoli zaczęłam myśleć o powrocie do pracy, przy okazji rzeczy, które przynosiły mi coraz więcej radości i satysfakcji. Zdawałam sobie też sprawę, że moment odcięcia pępowiny na dobre zbliża się nieuchronnie i czas podjąć męską(?) decyzję. Nie było łatwo. Z weekendu na weekend przekładałam ten moment.
'Jeszcze chwilę.'
'Jeszcze nie teraz.'
Czytałam sprzeczne informacje, które tylko mieszały mi w głowie.
'Odstawiaj dziecko od  piersi stopniowo.'
'Zrób to raz, a dobrze.'
'Bądź konsekwentna.'
'Nie ulegaj.'
Znaczy co?
Jak mam dziecku wytłumaczyć, że już teraz nie, że będzie inaczej? Skąd mam wiedzieć, czy to tylko kwestia komfortu, czy dziecko jeszcze coś ode mnie dostaje?
'Karm jak najdłużej. Karm póki masz mleko.'
'Jak nie przestaniesz teraz, to nie przestaniesz do trzeciego roku życia i będzie tylko ciężej.'
Każdy sobie.
Dezorientacja totalna i świadomość, że dziecko moje własne za chwilę już, za moment do przedszkola pójdzie przecież a ja nie mogę fundować kolejnych stresów i..i znowu niezdecydowanie totalne, którego z przyzwoitości tylko nie chcę nazywać innymi słowami.
Z drugiej strony, czekala mnie przecież nagroda, prawda?
Po dziewięciu miesiącach wyrzeczeń i po roku wyrzeczeń kolejnych mogłam wreszcie odzyskać swoje ciało. I nie powiem, gdzieś tam we mnie tliła się jakaś radość i ekscytacja, ale jednocześnie strach przed zmianą. I dla mojej córki i dla mnie. I o ile ja, dorosła kobieta, jestem w stanie sobie pewne sprawy wytłumaczyć o tyle dziecko, na sprawy dla niego niezrozumiałe zazwyczaj reaguje płaczem.
Czytałam gdzieś kiedyś, że bywają dzieci, które same 'odchodzą' od piersi. Cóż, moja córka do takich zdecydowanie nie należy. Odstawianie od piersi to nie tylko zaprzestanie karmienia, ale też powrót do swoich starych być może przyzwyczajeń. Mi do końca na tych przyzwyczajeniach jednak nie zależalo. Wręcz przeciwnie - podczas rocznego karmienia nauczyłam się jeść bardziej zdrowo i to mi się spodobało. Nie, nie zaczęłam nagle jeść tylko sałatek, wyliczając przy tym kalorie, ani też nie zrobiła się ze mnie szalona dietetyczka. Zaczęłam zwyczajnie zwracać uwagę na to, co jem, tak, żeby nie szkodzić dziecku a przy okazji oszczędzić też trochę swoje zdrowie.
Dlatego przy decyzji o zaprzestaniu karmienia, zaczęłam się bardzo dziwić, że mogę nagle jeść (i pić) to co mi się żywnie podoba. I nie muszę chyba dodawać, że nagle zrobilo się jakoś dziwnie smutno. Jak raz podejmie się decyzję o zaprzestaniu karmienia, to trzeba w niej wytrwać. Wiesz, co ja bym powiedziała tej Magdzie, tej matce, która musi podjąć decyzję?
Powiedziałabym, żeby nie słuchała innych.
Zwyczajnie.
Słuchaj siebie, wsłuchaj się w swój wewnętrzny głos a potem sama zdecyduj, co jest dla ciebie i dla twojego dziecka najlepsze. Jeśli ktoś ma dla ciebie jakieś rady, wysłuchaj go, bo bywa, że potem można spojrzeć na pewne sprawy inaczej. Bardziej racjonalnie. Ale to ty podejmujesz ostateczną decyzję. I tego powinnyśmy się my, kobiety trzymać.
Kiedy przychodzi ten moment, uświadamiamy sobie, że czas nie stoi w miejscu i, że nasze dziecko rośnie tak szybko, tak w mgnieniu oka, że trudno sobie to wyobrazić.
Dziś mijałam kobietę z maleńkim, kilkumiesięcznym zaledwie dzieckiem i pomyślałam sobie, że  to ja, całkiem niedawno przecież jeździłam z Małą Mi w gondoli i nadziwić się nie mogłam, że jest taka moja a jednocześnie tak inna i taka swoja przecież. A teraz nadszedł czas na odcięcie tej drugiej, jak zwykłam mówić, pępowiny i nic tylko uświadomić sobie trzeba, że czas przecież w miejscu nie stoi. Że wypuścić to dziecię w świat trzeba i, że taka naturalna kolej rzeczy. Jakkolwiek cięzko by nie było, jakkolwiek matka by się nie biła z myślami, to trzeba mi pozwolić temu dziecku na kontakt z równieśnikami, na zabawę z nimi, na próbę samodzielności odpowiedniej do wieku.







 A i dla mnie to samo  po kilkunastu miesiącach wypożyczania ciała, bycia na zawołanie, wyrzeczeń.
I tak zaczynam stopniowo wracać do siebie, chociaż nie ukrywam, że nie trudno jest się przyzwyczaić do pidżamy, do czasami rozlazłych dni...Do zapachu dziecka i uśmiechu o poranku bez pośpiechu zupełnie. Łatwo zostać w sytuacji dobrze nam znanej, w rutynie, która jest każdego dnia rutyną i potem już jakby brak chęci na zmiany. Czasem strach.
I o ile ciało wraca do siebie, prawie zupełnie niezależnie od nas, o tyle przestawienie siebie i swoich przyzwyczajeń z matki na kobietę i matkę bywa trudniejsze.


Walcz o siebie.

Myślalam, że walczę. Że jestem sobą. A okazało się, że niekoniecznie. Że chociaż zdjęłam szlafrok i wyglądam teraz bardziej wyjściowo, to wciąż do wyjścia się nie szykuję. I to zaczęło niepokoić, uwierać. I kiedy w końcu usłyszałam, że nikt mi nigdy niczego nie zabraniał, zaczęłam  się nad tym zastanawiać. I rzeczywiście, to ja siebie najbardziej ograniczałam. Mimo, że w trakcie tak zwanego urlopu macierzyńskiego zdołalam zrealizować kilka swoich marzeń, mimo, że nie zastygłam w oczekiwaniu potwierdzając teorię wielu matek, że już nigdy nie będzie tak samo, to gdzieś coś mi nie pasowało. Tak, jakby ten strój nie był uszyty na miarę. Kino? Przecież zawsze uwielbiałam. Dlaczego więc tak mało tego? Po co stawiać sobie na siłe ograniczenia? Wmawiać sobie, że jesteśmy jedyne i niezastąpione. W czym? W zmywaniu garów? W opiece nad dzieckiem i w zmianie pieluchy? Mężczyzna też może i potrafi to zrobić. Wystarczy, że mu na to pozwolimy. Że przestaniemy udawać wszystkowiedzące matki - kwoki i pozwolimy sobie pomóc w domowych obowiązkach, zamiast narzekać, że jesteśmy zdane tylko na siebie. Mężczyźni są prości. Im trzeba zwyczajnie powiedzieć na czym stoją.  Bez obaw. No, ale miałam walczyć. O siebie, o swoją przestrzeń, chwilę z książką i mini SPA raz w tygodniu. I nagle gdzieś coś kliknęło i uświadomiło mi, że nikt inny, tylko ja sama, muszę, powinnam o siebie zawalczyć. Nie ograniczać, nie wymawiać się pieluchami, innym życiem, obowiązkiem. Dać szansę sobie, swojemu ja. Rozwinąć skrzydła, zamarzyć, odważyć się raz jeszcze. Zrobić to, czego się boję, bo przecież za strachem jest to, co jest warte...Najwięcej.

M. 




No comments: