Słów kilka do mojej Córki.

Moja kochana M,

Każdego dnia, tysiące razy powtarzam Ci, jak bardzo Cię kocham. Każdego dnia przytulam z miłością, bo to czego, tak bardzo pragnę to, żebyś wiedziała, że darzę Cię miłością najwiekszą. Jesteś moim skarbem, najważniejszą osobą w moim życiu, małym człowiekiem, dzięki któremu zmieniam się nieustannie. Jesteś moim dzieckiem a ja jestem Twoja mamą i z tego powodu i dlatego właśnie jest mi dzisiaj najpiękniej. Któregoś dnia pomyślałam, że wszystkie moje słowa, uściski Twojego małego ciała nie są w stanie przekazać Ci tego, co czuję.
Dlatego (znowu) postanowiłam napisać.
Być może stanie się to nam tradycją droga M. i pewnego dnia będziesz mogła przeczytać wszystko to, co napisała do Ciebie Twoja mama.
Minęły dwa lata a ja nadal nie mogę uwierzyć jak ogromną miłością można obdarzyć własne dziecko. Wszystko, co dziś wiem to, że nigdy tak nie kochałam a musisz wiedzieć, że odrobiłam wielokrotnie lekcje o miłości.
Dziś patrzę na Ciebie i chcę iść z Tobą dalej pod rękę, chcę być dla Ciebie...Chcę, potrafię, wierzę, że miłość taka, jak ta właśnie prowokuje, sprawia, że chce się więcej, mocniej a przeszkód brak chociaż istnieją.
I nie będę Cię okłamywać moja droga M...Ta miłość nie jest prosta. A ta macierzyńska wystawia mnie na próbę za każdym razem, kiedy wybrać muszę ten  ton odrobinę surowszy, kiwnięcie palcem ostrzejsze ale po to, żebyś mogła zrozumieć, żebyśmy czasu nie marnowały na histerie niepotrzebne, na sprzeczki, kiedy brak batonika to juz powód do złości największy i chociaż (przyznaję, Mała Mi), że czasem mam pochotę dać Ci tego batonika, dla własnego spokoju, dla pięciu minut ciszy właśnie to rozsądek Twojej własnej matki nie pozwala.

Moja  Mała Mi...Czas płynie nieubłagalnie a wszystko sie zmienia. Jest inaczej odkąd jesteś Ty. Nie mam tyle czasu. Dla siebie w sensie. Nie wiem, nie pamiętam, kiedy ostatni raz posmarowałam się balsamem (szkoda czasu!) albo miałam wieczór tylko dla siebie. Pewne sprawy nam się pozmieniały tak bardzo, że nie tylko do nich przywykłam, nie tylko je zaakceptowałam, ale też przestałam z nimi walczyć. Nie zrozum mnie źle, Twoja matka nadal potrafi być egoistką, ale przed tym moim ego, Córeczko, stoi zawsze Twoje dobro. Twój spokój. Twoje bezpieczeństwo.
I dziś, tak jak dwa lata temu, chciałabym znowu szepnąć Ci na uszko kilka słów. Być może weźmiesz je sobie kiedyś do serca. A może wykrzyczysz mi w twarz, że i tak przecież wiesz najlepiej...Czas pokaże.

Moja Mała Mi - wiedz, że warto jest...

Żyć tu i teraz. 


Najbardziej na świecie nie chcę Cię rozczarować, ale muszę Ci to powiedzieć. Jedyne, czego możemy być pewni to dzień dzisiejszy. 'Dzień dzisiejszy jest najważniejszy' jak to kiedyś śpiewali Indiosi. Bo tak naprawdę wiemy tylko, że dzień wczorajszy już nie wróci a jutro wcale nie musi nadejść. Żyj więc tu i teraz. Nie odkładaj radości na później. Znajdź zawsze chwilę, żeby zamknąć oczy i uświadomić sobie, że tak naprawde niewiele potrzeba do szczęścia.
Kiedy znajdziesz radość w najmniejszych sprawach zrozumiesz, że...happiness is easy.


Kolekcjonować wspomnienia, nie rzeczy.

Nie bój się probować nowych rzeczy. Być może kiedyś sama będę na siebie zła za te słowa, ale prawda jest taka, że w życiu trzeba próbować, sprawdzać, dotykać. Co warte jest życie zagracone tymi kilkoma rzeczami nabytmi w pośpiechu, bo tak trzeba nawet jeśli to nieprawda, nawet jeśli postawimy na półce tylko? Nic. Co warte jest życie, kiedy przeżywasz wszystko głęboko, kiedy dotykasz, grasz emocją, odczuwasz, współodczuwasz? Wszystko. 
Nie zagracaj swojego życia nowymi rzeczami. Te ogranicz do minimum. Za lat kilka nie będziesz wspominać minut spędzonych przed nowym telewizorem, ale uśmiechniesz się do swojego tańca w deszczu, do spaceru boso po śniegu, do ciszy, która wwierca się w uszy przy skoku ze spadochronem. Wiem co mówię.
Zaufaj mi.

Nie martw się tym, co myślą o Tobie inni.

Szanuj, kochaj, bądź blisko, to pewne. Ale nigdy nie pozwól, żeby ktos podcinał Ci skrzydła.
Albo, żeby czyjaś opinia zmieniła Twoje plany. Idź za swoim. Nie bój się krzywych spojrzeń czy dezaprobaty. Ci, którzy Cię pokochają, będą przy Tobie bez względu na wszystko. Wierz mi.


Noś w sobie dziecko.

Patrzę na Ciebie Mała Mi, kiedy spacerujemy a Ty zatrzymujesz się przy niemal każdym kwiatku, robaku, podekscytowana, uśmiechnięta, zdziwiona. Nie przestawaj się dziwić. My dorośli tracimy gdzieś po drodze, z latami ten zachwyt nad najpiękniejszym. Zagłuszamy ciszę niepotrzebnym dźwiękiem, spieszymy się, nie doceniamy. Nie biegnij za nieistotnym. Znajdź chwilę na uśmiech, śpiew ptaków, zadumę. Bądź dzieckiem jak najdłużej. Jeśli tego nie stracisz, jeśli to dziecko w sobie zatrzymasz, będziesz bogatsza niż myślisz.

Dziękuję Ci.
Za każdy uśmiech, kiedy witasz mnie w drzwiach. Za radość, prawdziwą. Za nowe słowa, umiejętności, śmiech do nieba.
Ale najbardziej dziękuję Ci, że dzięki Tobie mogę dziś mieć swoje święto.

Kocham Cię.

Twoja Mama. 


To, co najważniejsze.

   Święta na Wyspach, te Święta Bożego Narodzenia mają tutaj trochę inny wymiar. Długo byłam do nich negatywnie nastawiona, dlatego większość Świąt zawsze starałam się spędzać w Polsce. To tam przecież odczuwało się Święta najmocniej, najgłębiej. Zdarzały się nawet takie z białym puchem w tle i wtedy już było najpiękniej.

   Święta w Polsce to taki czas magiczny, czas spotkań z najbliższymi, opłatek i Pasterka. Mróz szczypiący w uszy i czerwone od zimna policzki. Niezwykła obecność i spotkania z ludźmi, których czasem tak długo się nie widziało. Bo tak naprawdę, kiedy pomyślę o tym właśnie czasie w moim kraju, to widzę Mamę krzątającą się w kuchni...Tatę, zmachanego z choinką prawdziwą. Siostrę i jej dzieci podekscytowane i wtedy magia Świąt udziela się tak bardzo, że więcej nie trzeba. Ten czas sprawia, że tak wielu z nas pakuje rzeczy najpotrzebniejsze i biegnie na lotnisko po to tylko, żeby spędzić kilka chwil z najbliższymi. Bywało tak, że pakowałam wszystko w bagaż podręczny i po pracy, w stresie ogromnym jechałam na lotnisko. Żeby tylko mgły nie było, modliłam się w duchu. Żeby samolot się nie spóźniał, żeby lotu nie odwołali...Wszystko tak mało ważne się stawało właśnie dlatego, że obecność na pierwszym miejscu była. Jakoś tak, naturalnie często bardzo omijał mnie stres przedświąteczny. Uwielbiałam za to kupować jemiołę na rynku, na ostatnia chwilę zupełnie, otulona szalikiem...Albo na szybko w tym śniegu tostem się zajadałam, bo przecież wszystkie te pyszności na Święta.
A potem, w domu rodzinnym pachniało choinką a my słuchaliśmy 'Kolędy dla Nieobecnych.' Nocą szliśmy na Pasterkę i śnieg czasem 'chrupotał' pod nogami.

Teraz, kiedy świat mój niewielki powiększył się o tę istotę najważniejszą, chciałabym być lepszym człowiekiem. Lepszą matką może nawet kiedyś mi się uda, bo na zmiany przecież zawsze jest czas. Żyjąc w kraju takim jak Anglia, z człowiekiem, dla którego Anglia domem nie jest chciałabym, z serca całego utrzymać te tak ważne dla nas, dla mnie tradycje.
Zależy mi na tym, żeby Mała Mi nie tylko mówiła po polsku, ale żeby też do pewnego stopnia Polką się czuła. I chociaż na wiele z tych rzeczy wpływu nie mam to jednak wierzę, że moja córka kiedyś, tak samo jak ja dziś doceni tradycje i może sama też zacznie ją pielęgnować.
Jednocześnie, ja sama zdaję sobie przecież sprawę z tego, że Mała Mi znać angielską tradycję musi i nie mam zamiaru, nie chcę przecież z tym walczyć.
Dlatego właśnie postanowiliśmy, najzwyczajniej na świecie, połączyć tych kilka tradycji, w jedną całość. Żeby było łatwiej.


Z tego też właśnie powodu zrobiliśmy tradycyjną, polską Wigilię i tradycyjną, angielską kolację.
Jedyne na czym mi zależało to, żeby wykluczyć stres ten, który wkrada się na kilka tygodni przed Świętami. Że prezentów nie mam. Okna nieumyte. Sernik nieupieczony. Zakupy nie są zrobione. Na spokojnie, chociaż dużo mnie to kosztowało, bo choleryczką jestem z natury, postanowiłam, że tym razem się nie dam. I chociaż stres, nerwy i wścieklizna gdzieś się pojawiały to człowiek, który jest moją ostoją skutecznie tą negatywną energię wyrzucał przez okno.
Przecież choinka w końcu się pojawiła. Co z tego, że dzień przed Wigilią? Przecież na stole potrawy, może nie dwanaście ale kto by to wszystko zjadł? Czy o jedzeniu są te Święta? Czy nie przypadkiem o narodzeniu, miłości wielkiej? Czy w ten dzień właśnie nie chcemy spróbować znowu być dobrymi ludźmi?
Opłatek więc na stole i sianko pod obrusem. Barszcz czerwony z uszkami, przesłany przez najbliższych. I Mała Mi nie do końca pewna smaku gorących buraków. Jej oczy przeogromne, kiedy kolejno otwierała prezenty i nadziwić sie nie mogła, że to wszystko dla niej. To wszystko takie istotne przecież. I chociaż czas ten był zawsze ważny, bo rodzina, bo przyjaciele, znajomi bliżsi i dalsi, kiedy to siadaliśmy razem przy stole a potem biegliśmy potańczyć dokąd oczy (i nogi) poniosą to jednak dni te maja już inny wymiar. Nagle tak wiele zależy ode mnie, mojego postępowania i podejścia. To wszystko, co przekażę Małej Mi dzisiaj, czy za rok, ona będzie przekazywać dalej. Odpowiedzialność więc niesamowita.

Pięknych Wam wszystkim!

M.

E.

'Czy emigracja jest kobietą? Jeśli tak, to jaką? Kowalką własnego losu? Żoną przy mężu? Opiekunką? Ofiarą? Matką Polką na odległość? Dlaczego wyjeżdża, z czym musi walczyć, kim się staje? I jak z dystansu wygląda Polska?'


[Emigrantki własnym głosem]



Moja emigracja miewała słony smak łez, kiedy nie potrafiłam znaleźć swojego miejsca. Kiedy opłakiwałam tęsknotę na każdym lotnisku, kiedy tak bardzo nie potrafiłam powiedzieć, co bezpowrotnie straciłam a co powoli, z mozołem zyskuję. Emigracja się nie kończy. Przynajmniej ja w to nie wierzę. Nie potrafię też uwierzyć ludziom, którzy po kilku miesiącach od wyjazdu z kraju klną się na wszystko, że jest łatwo. Że sie przyzwyczaili. Czy przestają być obcy? I kiedy właściwie to zaczyna być ich miejscem, ich domem?


I czy można mieć dwa domy?

Po jakimś czasie chyba tak.

Znam ludzi dla których tamto, w Polsce jest już nieaktualne, bo dom tutaj kupili, dzieci się rodzą, czas ucieka. W końcu gdzieś trzeba przysiąść na stałe. Znam też innych, dla których to, tutaj domem się nie stanie bo sumiennie, z uporem odkładają każdy grosz na dom w Polsce. Bo nigdy, pracując przy taśmie nie nauczyli się języka, zresztą i tak wcale nie był on im potrzebny. Przyjdzie przecież moment, kiedy stąd wyjadą. Kiedy każdy odłożony funt pomnożą przez pięć złotówek i bez żalu opuszczą kraj, którego nigdy nie potrafili pokochać. 

A potem wśród rozmów z tymi, którymi przyjaźń na emigracji udało się stworzyć, dowiaduję się, że teraz też można dalej wyruszyć. I tym właśnie najmniej się chyba dziwię. Bo przecież, kiedyś już wszyscy spakowaliśmy walizki i z biletami w jedną stronę wyruszyliśmy w nieznane. Dlaczego więc nie moglibyśmy tego zrobić raz jeszcze? 


Kiedy pomyślę, jak bardzo emigracja potrafi otworzyć nam oczy, jestem szczęśliwa, że kiedyś tupałam nogą i prosiłam o bilet do Londynu. W jedną stronę.


Ale...Kiedy pomyślę, jak wiele emigracja zabrać potrafi i jak wiele myśli musiałam od siebie odsuwać, żeby nie zwariować to ta wdzięczność gdzieś ulatuje na chwilę dłuższą i nie chcę, nie lubię i znowu pytania: 'A co by było gdyby?'

Gdybym nie wyjechała?

Czy jeśli nie Wyspy to byłby inny kraj?

Czy warto w ogóle się nad tym zastanawiać?






Emigracja...Emigracja to nauka. Wyobraź sobie, że nagle wysiadasz w świecie, którego nie znasz, do którego nie jesteś przywyczajona. Nie znasz języka, zwyczajów, kultury. Miejsce, w którym nagle wylądowałaś jest jak czysta kartka, którą zapełnisz swoimi doświadczeniami. Nie wiesz, kogo przyjdzie Ci spotkać, ani z kim właśnie pożegnałeś się na zawsze. Dlatego właśnie emigracja to słodko - gorzkie doświadczenie. To mieszanka uczuć, które chociaż nie wiem, jak bardzo bym się starała, trudno będzie mi opisać. To szaleństwo, którego nie ogarniam, bo kiedy wszystko idzie tak, jak powinno, wydaje mi się, że to moje miejsce właśnie i nagle akceptuję wszystko, co mnie spotyka, biorę na klatę, doświadzczam. Żyję. A kiedy jest cisza, albo brak, albo zwyczajnie codzienne problemy dają o sobie znać, to wtedy znowu wyobrażam sobie siebie z biletem w jedną stronę. 


Do kraju tym razem.

Bo emigrant zawsze będzie miał przynajmniej dwa domy. 



Wyjeżdżając, zgadzamy się na utratę, ale jednocześnie otwieramy się na nowe...A to nowe może nam przynieść wszystko to, czego brakowało nam w naszym kraju. Okraść nas ze wszystkiego może, co nasz kraj nam dawał.




Czarne albo białe, prawda?

Tak trudno to wszystko wypośrodkować i muszę przyznać, że zadzroszczę ludziom, którzy potrafią powiedzieć, że to tu, to już na zawsze. Że się przyzwyczaili a w Polsce brak pracy więc i wracać nie ma po co.

A potem jadę do tej Polski, widzę znajomych, rodzinę, przyjaciół. Ludzie się wspierają, dziadkowie na wyciągnięcie ręki. Ludzie chwile kolekcjonują. Nie funty. I myślę wtedy, że to przecież na tym właśnie życie polega - żeby być blisko.

Myślę, że człowiek, który wyjechał musi czasem bardzo walczyć, wyrywać dla siebie i nie odpuszczać. Znam takich, których ambicja uwiera i przez to nie potrafią zagrzać nigdzie miejsca na dłużej. Ciągle muszą sobie coś udowadniać, gnać za czymś niewidzialnym, nieokreślonym. Chcą być lepsi niż są. I może tak jest wszędzie, ale na emigracji jest to po prostu bardziej widoczne.

Są tacy, którzy po każdej, małej porażce chcieliby spakować walizkę i uciec, bo ktoś, gdzieś dał im do zrozumienia, że zawsze będą tutaj obcy a to potrafi zaboleć. Myślę wtedy, że nie czas i miejsce, żeby się poddawać. Że skoro kiedyś nie wiedzieli co to jest: garlic a jednak postanowili zostać to teraz tym bardziej nie można uciekać.

Emigrant nie ma lekko.


Emigrantka też nie.




Kiedy patrzę na kobiety emigrantki, widzę strażniczki domowego ogniska, czekające na swoich mężów z ciepłym obiadem. Tak rzadko innym niż polski.

Ale widzę też takie kobiety, które pędzą na oślep, rzucając się w wir pracy, nie myślące wcale o obiedzie składającym się z dwóch dań. Daleko im do tego.

Emigracja jest kobietą. Silną. Nierzadko dźwigającą na plecach ciężar o którym nie mówi. Emigracja jest dumna. Uśmiechnięta, otwarta. Zamknięta i ponura. Emigracja teraz, kiedy próbuję ją opisać i w ramy zamknąć, wymyka mi się spod klawiatury, nie daje zdefiniować, w ramy zamknąć.

Jest tęsknotą.
Może być pragnieniem.
Jest człowiekiem, który może nosić tak różne w sobie cechy. To trochę tak, jakbyśmy za wszelka cene określić kogos chcieli, a przecież nie zawsze się da.
Emigracja to żebrak na Victorii, alkoholik czy pijak, który boi sie wrócić do domu bo myśli, że nic nie osiagnął. To ten elegancki mężczyzna w garniturze biegnący przez londyńskie City z laptopem na ramieniu. To kobieta żyjąca z benefitów i taka, która nie przestaje pracować.
Emigracja, jak człowiek.



Każdy jest inna. Bo każdy nosi w sobie swoją historię.



M.





'Leżę, pode mną Polska.'

Lubię pisać o podróżach dalekich, doświadczeniach, jakie dane jest mi zebrać i o kolejnych marzeniach, które wyłaniają się po drodze a potem bywa, że latami czekają na spełnienie.
Ale jest w moim sercu miejsce szczególne, do którego zawsze wracam z wielką radością.
Nie posiadam się ze szczęścia, kiedy ląduję na jednym 'z najmniejszych lotnisk świata', gdzie pasażerowie, którzy wylatują niemal mieszają sie z tymi, którzy właśnie przylecieli.
Gdzie panowie celnicy uśmiechają się z rzadka, a ja odbierając bagaż, z tęsknotą wypatruję tych, którzy zawsze czekają...
W myślach niezmiennie wtedy śpiewam najpiękniejszy utwór, który towarzyszyć mi będzie już przez cały pobyt.



W ciągu tych dziesięciu lat dzielenia życia na to, co już dawno domem a tym, co domem powoli się staje nauczyłam się bezczelnie czerpać z każdej chwili spędzając czas w kraju, w którym się urodziłam.
Czy coś jeszcze dziwi?

Tak. Bywa, że  jestem zdziwiona, bo pani w sklepie znowu patrzy ze złością jakby i nie stać ją nawet na krótkie: 'dziekuję', ktorego wypowiedzenie nie boli nawet.
Albo na wspomnienie pani kosmetyczki sie dziwię bo  nie szczypiąc się wcale, krytykuje z odwagą moje brwi i stawia diagnozy malując moje pazokcie. A ja przecież do lekarza nie przyszłam tylko paznokcie chcę pomalować i nikt nie lubi słuchać o ewentualnych chorobach czających się pod paznokciami, prawda?

I tez sytuacja sprzed kilku lat na ten przykład, kiedy to w środku lata miałam takie widzimisię, żeby kupić czarny sweterek.

-'Weź pani jakiś kolorowy, no co pani? Latem czerń nosić?'- usłyszałam.
No, ale ja się na tę czerń uparłam i nawet pani sprzedawczyni (choć argumenty miała logiczne) wybić mi tego nieszczęsnego koloru z głowy nie potrafiła.

Uśmiecham się jednak nad tym przekonując samą siebie, że takie to już są uroki mojej Polski i taką ją właśnie akceptuję. Nie przyjechałam przecież nikogo zmieniać i pouczać mówiąc, co wypada a czego nie. Czas nam się nie zatrzyma. Niestety.

                                                           Co się nie zmienia?

Tacy taksówkarze się nie zmieniają na przykład. 
W Polsce, w moim mieście są to zazwyczaj specyficzni, bardzo mili i dobrze poinformowani panowie. 
Kiedy wsiadam do taksówki, zawsze pierwsza zaczynam rozmowę. Z dziwnych powodów nie chcę tracić czasu na zwykłe milczenie.
I tak dowiaduję się o zmianach w moich mieście, że radio w końcu powstalo, pani droga, a tak długo czekać nam było trzeba. Szczecin już dawno swoje ma!
A potem jeszcze można się dowiedzieć, które osiedle najwięcej pije, jakie puby dziś są otwarte, kto został prezydentem i dlaczego nie powinien...
Jakie sklepy są najtańsze i że ci biedni, młodzi znowu na emigrację ciągną jak na stracenie. A starsi, zostają a jakże, bez przyszłości w tym niewielkim acz urodziwym mieście.

Nie zmieniają się też moje małe przyzwyczajenia, rutyny towarzyszące mi podczas każdego przyjazdu. Rodzice pytają (chociaż wiedzą) o pierwszy obiad a to niezmiennie, od dziesięciu lat ziemniaki z gulaszem z żołądków i buraczkami.

Albo choć raz musi być kurczak po chińsku z wietnamskiej knajpy w której czas (i ceny) jakby się zatrzymały.

Niezmiennie też słyszę, że na tę swoją Polskę znowu ciepłej kurtki nie wzięłam, więc biegam po sklepach trzęsąc się z zimna. Ale lubię (co robić?) to zimne, ostre powietrze zamiast nijakiej, choć ciepłej pluchy.

I miłość!
Miłość najbliższych się nie zmienia. Chyba, że potęguje. Wytrzymali okres, kiedy niezbyt trzeźwa wracałam wczesnym świtem do domu. Tolerowali moje wyskoki i dali czas, żebym sama zdecydowała, co jest dla mnie najważniejsze. I dotąd nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Przez ten czas przylotów i odlotów spotykałam się z wieloma ludźmi i nawet teraz stanowią oni dla mnie ważny punkt, nieodzowną jakby część każdej wizyty. I może często zdarza mi się milczeć i obserwować tylko, ale to właśnie wtedy dowiaduję się najwięcej, czerpię najwięcej inspiracji i tej najlepszej na świecie energii, która potem mnie niesie.
Te spotkania, czesto dwa razy do roku są okazją do dyskusji na tematy wszelakie, do ostrej wymiany zdań nawet, ale kiedy rano potem spaceruję ulicami Szczecina spiesząc do domu to wiem, że te godziny ani troche zmarnowane nie były. I, że znowu mogłam być w miejscu dla mnie ważnym.

Uwielbiam rozmowy na temat podróży, planów, oczekiwań. Śmiech, filmy i książki, które koniecznie przeczytać trzeba i miejsca, zupełnie różne w które nas gna nie bez powodu. I nawet, kiedy rozczarowaniem się dzielimy lubie, bo to część tej całości.
Bo książka była piękna i każda z obecnych w tamtej chwili osób pochłonęła ją w dni kilka i uwierzyła, że bohater tak właśnie żył. Ba, nawet wielu z nas popchnęła (ta książka) w podróże dalekie, a potem rozczarowanie już tylko.
I wiem, że wiele nam się nie zmienia, kiedy nie boję sie poprosić o pomoc, albo w rozmowie nie ma tematów  tabu.

I idąc ulicami mojego miasta, nucę z Kasią...

'Głowa się moczy w Bałtyku
Stopę opieram o Giewont...'

M.

Z Wysp gotuje: Zupa bez nazwy!

W życiu każdej matki przychodzi taki moment, kiedy zaczyna się zastanawiać nad dietą dziecka. Jezu, jak to zabrzmiało! Bardzo, bardzo poważnie, co? Jakbym mówiła o dodatkowych lekcjach języka chińskiego dla Małej Mi.
A przecież chodzi tylko o przepis na zupkę dla dziecka, ot co! Nie znam nikogo, kto gotuje lepsze zupy niż mój Tato. Jest w tym mistrzem a jego pomidorówka bije na łeb wszystkie inne.
Do rzeczy.
Poniżej znajdziecie przepis na zupkę dla dziecka. Nie ma tytułu, nazwy jakiejś, ale zapewniam Was, że smakuje najlepiej.
To jak?
Jeśli nie macie jeszcze pomysłu na obiad albo (nieszczęśliwie) nie ma kto Was w nim wyręczyć, proponuję: Zupę bez nazwy.
Składniki:

2 marchewki
Pół pietruszki
Korpus

2 ziemniaki
2 łyżki śmietany


Przygotowanie:



1. Do wrzącej wody wrzucamy korpus.
2. Marchew, pietruszkę i ziemniaki obieramy, kroimy w kostkę i wrzucamy do gotującego się mięsa.
3. Na sam koniec zagęszczamy dwiema łyżkami śmietany.

Prawda, że proste?

Smacznego!

M.

Zielono mi!



Zielony koktajl ze szpinakiem, awokado i kiwi/Green smoothie (scroll down for recipe in English)



Znasz to uczucie, kiedy chodzi za Tobą coś do jedzenia? 'Coś', które niezwykle trudno określić słowami, bo czegoś się chce ale nie wiadomo czego. Ja rzuciłam słodycze kilka tygodni temu i chociaż dzisiaj najchętniej opędzlowałabym tabliczkę białej czekolady to jednak, zdając sobie sprawę z konsekwencji, postanowiłam zrobić koktajl właśnie,

Zapraszam!

Składniki:

Garść szpinaku

Kiwi - sztuk dwie

Awokado
Kilka listków mięty
Garść płatków jaglanych


Przygotowanie:




1. Myjemy szpinak i miętę pod bieżącą wodą.
2. Obieramy kiwi ze skórki.
3. Wydrążamy awokado.
4. Dodajemy garść płatków jaglanych.
4. Wszystko razem blendujemy do uzyskania jednolitej konsystencji.

Na zdrowie!

M.





If you need a bit of an extra energy in the morning, this smoothie is definitely for you. Check this out! 

Ingredients:


Spinach
2 Kiwis
Few leafes of mint
Avocado
Millet flakes


Preparation:

Wash spinach and peel kiwis off. Add avocado and mint and blend all of the ingredients together.

Enjoy!

M.

Powrót do siebie.

Minął rok. Nie potrafię nawet powiedzieć czy był to krótki, czy długi czas. Natomiast zmiany, jakie nastały w moim życiu w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, sprawiły, że stałam się trochę innym człowiekiem. Trudno teraz nie potknąć się o pytanie, czy ten rok, te miesiące zrobiły ze mnie lepszego czy gorszego człowieka. Ale i na to pytanie, niestety nie znam odpowiedzi. Jestem trochę inna. Pewne cechy zostały skutecznie utemperowane, inne się uwidoczniły.
Nie muszę chyba nikomu tłumaczyć, że dziecko zmienia. Co więcej, sama nigdy nie lubiłam, kiedy powtarzano mi te słowa. Wiele matek traktowałam, jak takie co to wszystko wiedzą i na siłę chcą się tą wiedzą podzielić. Wiedzą, ktorej nie pragnęłam. Co więcej - nadal mi na niej nie zależy.
Jako kobieta, która zawsze chciała mieć dziecko a z jakiegoś powodu, przez długi czas się jej to nie zdarzyło, byłam wrażliwa na uwagi na temat posiadania i nie posiadania dzieci. Nie widziałam sensu w tłumaczeniu swoich planów, za to zawsze tupałam nogą, kiedy ktoś dziecko traktował jak wymówkę. Drażniło mnie to i nadal drażni.
Chociaż muszę przyznać, że teraz nie jestem już tak ostra i bezczelna w swoich ocenach. A przecież bywało różnie.
Teraz...Teraz wracam do siebie. Na wielu płaszczyznach. Wcześniej nie wiedziałam, że i to bywa dłuższym procesem ani też nie bardzo o siebie właśnie walczyłam. Obrałam drogę najprostszą. Drogę, którą na swój sposób gardzę. Uznałam zwyczajnie, że teraz będzie to, co ma być. Dzieci przecież rosną a swój czas trzeba poświęcić. Mąż może mieć swoje życie i wolne wieczory a ja jakoś się dostosuję. Nic sie przecież nie stanie, jak zapomnę na chwilę, że zawsze chciałam się nauczyć chociaż jeszcze jednego języka, albo kilka razy w miesiącu wyjść samotnie do kina.
I stało się.
Przy okazji odzyskiwania swojego ciała, zaczęłam rozmyślać o odzyskaniu siebie całej.
Powiedzmy sobie szczerze, pewne rzeczy nie będą już nigdy takie same i to biorę na klatę. Ale pewne...Ale pewne są w nas i w końcu wyjdą na powierzchnię, zaczną drażnić, upominać się, przypominać o sobie i na nic zakopywanie ich w podświadomości, albo życie zgodnie z dewizą: 'Pomyślę o tym jutro.'

Ten wczesny etap macierzyństwa był lekko buntowniczy. Ciało, jak cialo, wiedziałam, że muszę mu dać czas i nie czułam ciśnienia. Nie myślałam obsesyjnie o kształtach i kilogramach. Karmiłam, sama jedząc to, na co miałam ochotę i traktowałam ten etap, jako przedłużenie ciąży, kiedy to po kolacji składającej się z pizzy, dogadzałam sobie lodami o smaku truskawkowego sernika. Żyć nie umierać! Natomiast psychicznie...Psychicznie nadal byłam w pracy. Sprawdzałam maile chcąc jakby mieć pod kontrolą to, co się dzieje i zastanawiając się jednocześnie, czy kiedy przyjdzie moment powrotu, to czy dam sobie radę? Czy tam, w biurze ktoś będzie jeszcze na mnie czekał? Czy będę tam komuś jeszcze potrzebna? A potem przyszedł luz i zaczęłam się koncentrować na tu i teraz. Na moim dziecku, nad opieką i nocnym wstawaniu. Kilka tygodni przeszło w miesiące a ja w końcu odnalazłam swoją rutynę. Ciało piękniało a ja byłam dumna. Przestałam już sie tak obrażać na to karmienie, na ograniczenia, które się z nim wiązały. Mimo, że myślałam o odstawieniu mojej maleńkiej córeczki od piersi przynajmniej kilka razy dziennie, to zauważyłam, że coraz ciężej jest mi się na to zdobyć.


Odstaw ją.

Słyszałam to wiele razy. wiele razy też przytakiwałam i prawie czułam się gotowa do tego, jak się teraz okazuje, olbrzymiego kroku. Najpierw głośno mówiłam, że skończę karmić, kiedy Mała Mi skończy pół roku. Potem zaczęło się to znacząco przedłużać. Czułam, że karmiąc ją dłużej, robię bardzo dobrą rzecz. Instynkt matki podpowiadał mi, że to jest najlepsze dla tego maleńkiego człowieka. Zdarzało mi się szukać potwierdzenia swojej decyzji u różnych źródeł, ale w pewnym momencie poprostu zaufałam sobie samej. Aż przyszedł ten moment, kiedy zbliżał się już rok od kiedy Mała Mi pojawiła sie na świecie. Powoli zaczęłam myśleć o powrocie do pracy, przy okazji rzeczy, które przynosiły mi coraz więcej radości i satysfakcji. Zdawałam sobie też sprawę, że moment odcięcia pępowiny na dobre zbliża się nieuchronnie i czas podjąć męską(?) decyzję. Nie było łatwo. Z weekendu na weekend przekładałam ten moment.
'Jeszcze chwilę.'
'Jeszcze nie teraz.'
Czytałam sprzeczne informacje, które tylko mieszały mi w głowie.
'Odstawiaj dziecko od  piersi stopniowo.'
'Zrób to raz, a dobrze.'
'Bądź konsekwentna.'
'Nie ulegaj.'
Znaczy co?
Jak mam dziecku wytłumaczyć, że już teraz nie, że będzie inaczej? Skąd mam wiedzieć, czy to tylko kwestia komfortu, czy dziecko jeszcze coś ode mnie dostaje?
'Karm jak najdłużej. Karm póki masz mleko.'
'Jak nie przestaniesz teraz, to nie przestaniesz do trzeciego roku życia i będzie tylko ciężej.'
Każdy sobie.
Dezorientacja totalna i świadomość, że dziecko moje własne za chwilę już, za moment do przedszkola pójdzie przecież a ja nie mogę fundować kolejnych stresów i..i znowu niezdecydowanie totalne, którego z przyzwoitości tylko nie chcę nazywać innymi słowami.
Z drugiej strony, czekala mnie przecież nagroda, prawda?
Po dziewięciu miesiącach wyrzeczeń i po roku wyrzeczeń kolejnych mogłam wreszcie odzyskać swoje ciało. I nie powiem, gdzieś tam we mnie tliła się jakaś radość i ekscytacja, ale jednocześnie strach przed zmianą. I dla mojej córki i dla mnie. I o ile ja, dorosła kobieta, jestem w stanie sobie pewne sprawy wytłumaczyć o tyle dziecko, na sprawy dla niego niezrozumiałe zazwyczaj reaguje płaczem.
Czytałam gdzieś kiedyś, że bywają dzieci, które same 'odchodzą' od piersi. Cóż, moja córka do takich zdecydowanie nie należy. Odstawianie od piersi to nie tylko zaprzestanie karmienia, ale też powrót do swoich starych być może przyzwyczajeń. Mi do końca na tych przyzwyczajeniach jednak nie zależalo. Wręcz przeciwnie - podczas rocznego karmienia nauczyłam się jeść bardziej zdrowo i to mi się spodobało. Nie, nie zaczęłam nagle jeść tylko sałatek, wyliczając przy tym kalorie, ani też nie zrobiła się ze mnie szalona dietetyczka. Zaczęłam zwyczajnie zwracać uwagę na to, co jem, tak, żeby nie szkodzić dziecku a przy okazji oszczędzić też trochę swoje zdrowie.
Dlatego przy decyzji o zaprzestaniu karmienia, zaczęłam się bardzo dziwić, że mogę nagle jeść (i pić) to co mi się żywnie podoba. I nie muszę chyba dodawać, że nagle zrobilo się jakoś dziwnie smutno. Jak raz podejmie się decyzję o zaprzestaniu karmienia, to trzeba w niej wytrwać. Wiesz, co ja bym powiedziała tej Magdzie, tej matce, która musi podjąć decyzję?
Powiedziałabym, żeby nie słuchała innych.
Zwyczajnie.
Słuchaj siebie, wsłuchaj się w swój wewnętrzny głos a potem sama zdecyduj, co jest dla ciebie i dla twojego dziecka najlepsze. Jeśli ktoś ma dla ciebie jakieś rady, wysłuchaj go, bo bywa, że potem można spojrzeć na pewne sprawy inaczej. Bardziej racjonalnie. Ale to ty podejmujesz ostateczną decyzję. I tego powinnyśmy się my, kobiety trzymać.
Kiedy przychodzi ten moment, uświadamiamy sobie, że czas nie stoi w miejscu i, że nasze dziecko rośnie tak szybko, tak w mgnieniu oka, że trudno sobie to wyobrazić.
Dziś mijałam kobietę z maleńkim, kilkumiesięcznym zaledwie dzieckiem i pomyślałam sobie, że  to ja, całkiem niedawno przecież jeździłam z Małą Mi w gondoli i nadziwić się nie mogłam, że jest taka moja a jednocześnie tak inna i taka swoja przecież. A teraz nadszedł czas na odcięcie tej drugiej, jak zwykłam mówić, pępowiny i nic tylko uświadomić sobie trzeba, że czas przecież w miejscu nie stoi. Że wypuścić to dziecię w świat trzeba i, że taka naturalna kolej rzeczy. Jakkolwiek cięzko by nie było, jakkolwiek matka by się nie biła z myślami, to trzeba mi pozwolić temu dziecku na kontakt z równieśnikami, na zabawę z nimi, na próbę samodzielności odpowiedniej do wieku.







 A i dla mnie to samo  po kilkunastu miesiącach wypożyczania ciała, bycia na zawołanie, wyrzeczeń.
I tak zaczynam stopniowo wracać do siebie, chociaż nie ukrywam, że nie trudno jest się przyzwyczaić do pidżamy, do czasami rozlazłych dni...Do zapachu dziecka i uśmiechu o poranku bez pośpiechu zupełnie. Łatwo zostać w sytuacji dobrze nam znanej, w rutynie, która jest każdego dnia rutyną i potem już jakby brak chęci na zmiany. Czasem strach.
I o ile ciało wraca do siebie, prawie zupełnie niezależnie od nas, o tyle przestawienie siebie i swoich przyzwyczajeń z matki na kobietę i matkę bywa trudniejsze.


Walcz o siebie.

Myślalam, że walczę. Że jestem sobą. A okazało się, że niekoniecznie. Że chociaż zdjęłam szlafrok i wyglądam teraz bardziej wyjściowo, to wciąż do wyjścia się nie szykuję. I to zaczęło niepokoić, uwierać. I kiedy w końcu usłyszałam, że nikt mi nigdy niczego nie zabraniał, zaczęłam  się nad tym zastanawiać. I rzeczywiście, to ja siebie najbardziej ograniczałam. Mimo, że w trakcie tak zwanego urlopu macierzyńskiego zdołalam zrealizować kilka swoich marzeń, mimo, że nie zastygłam w oczekiwaniu potwierdzając teorię wielu matek, że już nigdy nie będzie tak samo, to gdzieś coś mi nie pasowało. Tak, jakby ten strój nie był uszyty na miarę. Kino? Przecież zawsze uwielbiałam. Dlaczego więc tak mało tego? Po co stawiać sobie na siłe ograniczenia? Wmawiać sobie, że jesteśmy jedyne i niezastąpione. W czym? W zmywaniu garów? W opiece nad dzieckiem i w zmianie pieluchy? Mężczyzna też może i potrafi to zrobić. Wystarczy, że mu na to pozwolimy. Że przestaniemy udawać wszystkowiedzące matki - kwoki i pozwolimy sobie pomóc w domowych obowiązkach, zamiast narzekać, że jesteśmy zdane tylko na siebie. Mężczyźni są prości. Im trzeba zwyczajnie powiedzieć na czym stoją.  Bez obaw. No, ale miałam walczyć. O siebie, o swoją przestrzeń, chwilę z książką i mini SPA raz w tygodniu. I nagle gdzieś coś kliknęło i uświadomiło mi, że nikt inny, tylko ja sama, muszę, powinnam o siebie zawalczyć. Nie ograniczać, nie wymawiać się pieluchami, innym życiem, obowiązkiem. Dać szansę sobie, swojemu ja. Rozwinąć skrzydła, zamarzyć, odważyć się raz jeszcze. Zrobić to, czego się boję, bo przecież za strachem jest to, co jest warte...Najwięcej.

M.