'Leżę, pode mną Polska.'

Lubię pisać o podróżach dalekich, doświadczeniach, jakie dane jest mi zebrać i o kolejnych marzeniach, które wyłaniają się po drodze a potem bywa, że latami czekają na spełnienie.
Ale jest w moim sercu miejsce szczególne, do którego zawsze wracam z wielką radością.
Nie posiadam się ze szczęścia, kiedy ląduję na jednym 'z najmniejszych lotnisk świata', gdzie pasażerowie, którzy wylatują niemal mieszają sie z tymi, którzy właśnie przylecieli.
Gdzie panowie celnicy uśmiechają się z rzadka, a ja odbierając bagaż, z tęsknotą wypatruję tych, którzy zawsze czekają...
W myślach niezmiennie wtedy śpiewam najpiękniejszy utwór, który towarzyszyć mi będzie już przez cały pobyt.



W ciągu tych dziesięciu lat dzielenia życia na to, co już dawno domem a tym, co domem powoli się staje nauczyłam się bezczelnie czerpać z każdej chwili spędzając czas w kraju, w którym się urodziłam.
Czy coś jeszcze dziwi?

Tak. Bywa, że  jestem zdziwiona, bo pani w sklepie znowu patrzy ze złością jakby i nie stać ją nawet na krótkie: 'dziekuję', ktorego wypowiedzenie nie boli nawet.
Albo na wspomnienie pani kosmetyczki sie dziwię bo  nie szczypiąc się wcale, krytykuje z odwagą moje brwi i stawia diagnozy malując moje pazokcie. A ja przecież do lekarza nie przyszłam tylko paznokcie chcę pomalować i nikt nie lubi słuchać o ewentualnych chorobach czających się pod paznokciami, prawda?

I tez sytuacja sprzed kilku lat na ten przykład, kiedy to w środku lata miałam takie widzimisię, żeby kupić czarny sweterek.

-'Weź pani jakiś kolorowy, no co pani? Latem czerń nosić?'- usłyszałam.
No, ale ja się na tę czerń uparłam i nawet pani sprzedawczyni (choć argumenty miała logiczne) wybić mi tego nieszczęsnego koloru z głowy nie potrafiła.

Uśmiecham się jednak nad tym przekonując samą siebie, że takie to już są uroki mojej Polski i taką ją właśnie akceptuję. Nie przyjechałam przecież nikogo zmieniać i pouczać mówiąc, co wypada a czego nie. Czas nam się nie zatrzyma. Niestety.

                                                           Co się nie zmienia?

Tacy taksówkarze się nie zmieniają na przykład. 
W Polsce, w moim mieście są to zazwyczaj specyficzni, bardzo mili i dobrze poinformowani panowie. 
Kiedy wsiadam do taksówki, zawsze pierwsza zaczynam rozmowę. Z dziwnych powodów nie chcę tracić czasu na zwykłe milczenie.
I tak dowiaduję się o zmianach w moich mieście, że radio w końcu powstalo, pani droga, a tak długo czekać nam było trzeba. Szczecin już dawno swoje ma!
A potem jeszcze można się dowiedzieć, które osiedle najwięcej pije, jakie puby dziś są otwarte, kto został prezydentem i dlaczego nie powinien...
Jakie sklepy są najtańsze i że ci biedni, młodzi znowu na emigrację ciągną jak na stracenie. A starsi, zostają a jakże, bez przyszłości w tym niewielkim acz urodziwym mieście.

Nie zmieniają się też moje małe przyzwyczajenia, rutyny towarzyszące mi podczas każdego przyjazdu. Rodzice pytają (chociaż wiedzą) o pierwszy obiad a to niezmiennie, od dziesięciu lat ziemniaki z gulaszem z żołądków i buraczkami.

Albo choć raz musi być kurczak po chińsku z wietnamskiej knajpy w której czas (i ceny) jakby się zatrzymały.

Niezmiennie też słyszę, że na tę swoją Polskę znowu ciepłej kurtki nie wzięłam, więc biegam po sklepach trzęsąc się z zimna. Ale lubię (co robić?) to zimne, ostre powietrze zamiast nijakiej, choć ciepłej pluchy.

I miłość!
Miłość najbliższych się nie zmienia. Chyba, że potęguje. Wytrzymali okres, kiedy niezbyt trzeźwa wracałam wczesnym świtem do domu. Tolerowali moje wyskoki i dali czas, żebym sama zdecydowała, co jest dla mnie najważniejsze. I dotąd nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Przez ten czas przylotów i odlotów spotykałam się z wieloma ludźmi i nawet teraz stanowią oni dla mnie ważny punkt, nieodzowną jakby część każdej wizyty. I może często zdarza mi się milczeć i obserwować tylko, ale to właśnie wtedy dowiaduję się najwięcej, czerpię najwięcej inspiracji i tej najlepszej na świecie energii, która potem mnie niesie.
Te spotkania, czesto dwa razy do roku są okazją do dyskusji na tematy wszelakie, do ostrej wymiany zdań nawet, ale kiedy rano potem spaceruję ulicami Szczecina spiesząc do domu to wiem, że te godziny ani troche zmarnowane nie były. I, że znowu mogłam być w miejscu dla mnie ważnym.

Uwielbiam rozmowy na temat podróży, planów, oczekiwań. Śmiech, filmy i książki, które koniecznie przeczytać trzeba i miejsca, zupełnie różne w które nas gna nie bez powodu. I nawet, kiedy rozczarowaniem się dzielimy lubie, bo to część tej całości.
Bo książka była piękna i każda z obecnych w tamtej chwili osób pochłonęła ją w dni kilka i uwierzyła, że bohater tak właśnie żył. Ba, nawet wielu z nas popchnęła (ta książka) w podróże dalekie, a potem rozczarowanie już tylko.
I wiem, że wiele nam się nie zmienia, kiedy nie boję sie poprosić o pomoc, albo w rozmowie nie ma tematów  tabu.

I idąc ulicami mojego miasta, nucę z Kasią...

'Głowa się moczy w Bałtyku
Stopę opieram o Giewont...'

M.

2 comments:

Żyrafy Wychodzą z Szafy - fashion blog said...

Piękne to!

Agness said...

Piékny tekst! Wlasnie trafilam na Twojego bloga przez zupelny przypadek, mój ulubiny rodzaj przypadków :)

Na pewno jeszcze Cié tu odwiedzé. Pozdrawiam równierz z Wysp :)