Chcę więcej czyli konsumpcjonizm po angielsku.

Są takie dni kiedy zastanawiam się, czy przypadkiem gdzieę się nie zagubiłam. Lubię myśleć, że na zmiany nigdy nie jest zbyt późno i w nadziei na lepsze czasy knuję plany, które gniją gdzieś potem. Niezrealizowane.

Dlaczego konsumpcjonizm?

Każdy z nas z reguły pracuje bardzo ciężko od poniedziałku do piątku. I kiedy nadchodzi upragniony weekend, człowiek chce się po prostu odstresować. Poczuć się lepiej, a przede wszystkim kupić coś fajnego.
Przecież pracuje.
No przecież zasłużył!
To jedne z najczęstszych wymówek, które powtarzamy sobie wychodząc ze sklepu dzierżąc w rękach kilka toreb. I zapewne nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że po tych zakupach jest jakoś lepiej...Ulga, uśmiech, radość.
Co z tego, że na półce położę piątą buteleczkę perfum?
Co z tego, że w szafie zawiśnie kolejna sukienka?
Pary butów rosną w liczbę a ja, szykując się każdego dnia do pracy, klnę na czym świat stoi.

Bo potykam się o nie na każdym kroku.
Kiedy zdążyłam ich tyle nakupić?
Kiedy zdążyłam cały swój przedpokój  zawalić różnymi butami?! Takimi na obcasie, trampkami. Japonki, które rosną w liczbę...
Jak  to się stało, że nagle potrzebuję trzech szlafroków a nie tylko jednego?
Kiedy się stało, że potrzebuję więcej perfum, a wcześniej cieszyłam się z pierwszych, przepięknych, które dostałam w prezencie za ciężko zapracowane (i pierwsze) pieniądze. Koszule, marynarki do pracy?
Sukienki, które wiszą czasem jeszcze z metką, bo czasu, albo okazji, żeby je załozyć po prostu nie ma.

To chyba przede wszystkim.

I najgorsze. Jak człowiek przepuścił moment, kiedy cieszył się ze zwyczajnego? Doceniał, uśmiechał się na sprawy różne. Teraz, jakby...byle jak.

Centra handlowe coraz większe przyciągają swoimi rozmiarami. Niedziela? Tylko w Blue Water.
Wokół słyszy się o większych, piękniejszych domach. W lepszych dzielnicach, czy hrabstwach kraju. Droższych. No to kupujemy. Cztery sypialnie, ogromny kredyt. A potem pracujemy na niego przez kolejne dwadzieścia pięć, trzydzieści lat. Jak dożyjemy.
Nie wyjeżdzamy, bo po co? Po co nam przeżycia, przygody, wspomnienia?
Lepiej w weekend wyjść do sklepu, oblepić się torbami, usiąść przed iluś- tam calowym telewizorem i oglądac czyjeś życie.
A potem je komentować.

Bo jesteśmy przecież ekspertami od wszystkiego. Tylko nie od swojego życia.
Konsumpcjonizm w Anglii jest ogromnym zjawiskiem. Wystarczy w sobotę przejść się do centrum handlowego.
Ludzie wmawiaja sobie, że na to zasługują, że tak trzeba, a w końcu, że przecież wszyscy tak robią. Życie na Wyspach przekształciło się w jakiś szablon, który przestaję rozumieć.
Często w czasie rozmów otwieram swoją pyskatą buzię i mówię swoje zdanie.
Ale bywają też chwile, kiedy z niemocy, złości (że tak gonimy), zakładam słuchawki na uszy i włączam muzykę, która odciąga mnie od pustych rozmów, idiotycznych uwag i wszechobecnym:'mieć.'

Coraz trudniej jest mi znieść konwersacje, które krążą wokół pieniędzy i chęci posiadania.
Nie lubię, kiedy wmawia mi się, że tak wypada, że tak żyć trzeba. Nie znoszę, kiedy mówi mi się o jakiej porze roku mam jechać na wakacje. Ale za to uśmiecham się, kiedy widzę spojrzenia ludzi mieszające się z politowaniem jakby, kiedy zamawiam bilety na późną jesień.
Wtedy prawie nikt z tych 'normalnych' których na codzień spotykam nie pakuje walizek i nie wyjeżdża na 'wakacje życia' bo i w Tajlandii wtedy poleżeć nie można.

Za to ja spakuję wtedy plecak i wyjadę. A oni tego nie komentują, Przynajmniej nie w mojej obecności.

Warto sobie przypomnieć, że chcę być.

A nie mieć.

M.

No comments: