Czego zazdroszczę Polakom w Polsce?

Temat, chyba z tych po których przeanalizowaniu, stwierdzamy po prostu, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ale temat jednocześnie ciekawy, bo przewijał się i przewija podczas różnych spotkań, kiedy po kolejnym już wypitym kieliszku, któryś z biesiadujących powie cicho: 'Bo ja to byłbym już tak naprawdę szczęśliwy, gdyby...'
Gdybym miał przy sobie rodzinę. Całą. Gdyby powietrze było takie, jak w Polsce a jezioro na wyciągnięcie ręki. Gdyby dzieci nie trzeba było dawać do przedszkola, tylko do babci, co mieszka po drugiej stronie ulicy. Żeby dziadkowie z wnuków mogli się cieszyć.
A kiedy coraz więcej czasu mija, i alkoholu coraz więcej płynie w żyłach, taki pan Polak myśli już, że właściwie to co stoi na przeszkodzie w tym powrocie? Trzeba się tylko zwolnić z pracy, spakować kilka rzeczy a dzieci wypisać ze szkoły.
I nagle, wszystko okazuje się odrobinę trudniejsze niż na początku się wydawało. Dzieci przecież przywyczaiły się do Wysp, mają tutaj znajomych, znają jezyk. Bywa, że o wiele lepiej niż ich rodzice.
My to my. Jakoś się przyzwyczaimy, ale oni? Nie możemy przecież im tego robić.
Wrócimy do Polski na pewno.
Na starość na pewno.
I koło się zatacza...W poniedziałek wstajemy do pracy, robimy to co zwykle, byle do piątku. Byle jak.

Podczas ostatniej rozmowy z kuzynką, kiedy to wspomniała inną osobę z naszej rodziny i stwierdziła, że chłopak radzi sobie dobrze w tej Polsce. Że obrotny jest, głowę ma na karku. Pomyślałam, że to pięknie, że ktoś zostaje i ciągnie ten wózek, kupuje nowe domy, inwestuje, idzie do przodu. I  możemy mówić tutaj pieniądzach, dobrym starcie i pięknych mieszkaniach. Ale nie o tym myślę, kiedy odwiedzam bliskich.

Jest pewnie wiele spraw których nie zazdroszczę, ale to nie temat na dzisiaj.

Gdybym miała się skupić na tym, co powoduje ukłucie w sercu to chyba byłoby to, że najbliżsi są...blisko.
Na wyciągnięcie ręki.
Można się z nimi spotkać codziennie, chociaż mieszkają w różnych częściach miasta. Można wyskoczyć na weekend i spędzić razem kilka ważnych chwil.
Polacy w Polsce nie muszą wybierać na które święta w tym roku pojechać.
Nie muszą rozbierać na części pierwsze swoich urlopów. Całych tych dwudziestu pięciu dni.
Mogą się zobaczyć zupełnie bez okazji. Nie przyjeżdzać tylko na chrzciny, pogrzeby, komunie, czy wesela.
A taki był chociażby poprzedni rok.

Polacy w Polsce mogą wykorzystać cały swój urlop na podróże do dalekich krajów. A kiedy Polak w Anglii grzecznie pyta czy może wziąć nie dwa, ale trzy tygodnie urlopu to dostaje z góry odmowną odpowiedź. Po co?
Z jakiego powodu? Do Tajlandii dwa tygodnie wystarczą, ile chcesz leżeć na plaży?
A, że z plecakiem, że kilka krajów i dwa tygodnie to czas za krótki...Niestety nie.

Dlatego też niektórzy marzenia odkładają na później, wierząc, że następnym razem się uda.
W międzyczasie może zmienią pracę przy której, już na wstępie zaznaczą, że podróżować lubią i chcą i proszę się przyzwyczaić zanim mnie państwo zatrudnicie. Ale takich odważnych jest jak na lekarstwo, zwłaszcza, kiedy kredyty na głowie a o pracę już nie tak łatwo.

Stąd rodzi się we mnie zazdrość, że musimy wybierać. Jeśli pojadę gdzieś daleko na kilka tygodni, to nie spotkam najbliższych w święta. Bo chociaż święta tutaj nie są złe, to na własnym tyłku przekonałam się, że atmosfera inna, śniegu brak i jakoś smutniej się robi. A, że nie sposób dwudziestu pięciu dni rozciągnąć do nieskończoności  to co roku wielu z nas staje przed wyborem, którego nawet jeśli nie akceptuje to zmienić nie potrafi.

I kręci nam się to emigracyjne życie.

M.

1 comment:

Pawel Klosinski said...

mam bardzo podobne spostrzeżenia i sam ostatnio coraz częściej zastanawiam się nad powrotem. trudno to jakoś opisać ale mam wrażenie, że tutaj na emigracji życie jakoś przelatuje między palcami, człowiek jest jakimś obserwatorem, patrzy na wszystko z boku zamiast zamiast brać w tym czynny udział... z drugiej strony trochę strach wracać, cała masa jakiś toksycznych ludzi o dziwnych, dziewiętnastowiecznych poglądach haha, pożyjemy zobaczymy....