My home is my castle, czyli madry Polak po szkodzie.

Do Anglika nie przychodzi sie bez zapowiedzi. Chyba, ze jest sie listonoszem :) A i to-nie zawsze :)
Do Anglika trzeba wpierw zadzwonic (z obowiazkowym-How are you?-na poczatek), zapytac czy ma dla nas czas i czy w ogole mozna. Z reguly i tak konczy sie to spotkaniem w pubie. Anglicy bowiem nie sa zwolennikami spotkan w domu. Takie spotkania sa  zarezerwowane na niedzielne popoludnia w gronie najblizszej rodziny.
(Chociaz mam znajomego, ktory spotyka sie ze swoim ojcem w pubie).
Czy tak nie jest latwiej i wygodniej?
Z pubu sie po prostu wychodzi.
Sprzatac po gosciach nie trzeba. No i spotkanie mozna zakonczyc w kazdej chwili, nie martwiac sie przy tym, jak dac gosciowi do zrozumienia, ze to JUZ czas na pozegnanie :)
A, i kazdy oczywiscie placi za siebie. Kolejny problem z glowy.

Dla Anglika dom jest jak twierdza. Co zreszta nie dziwi. To wlasnie tam czuje sie najlepiej. Bezpieczny, z filizanka herbaty.

Przecietny Wyspiarz rzadko robi w swojej twierdzy imprezy. Wychodzi z zalozenia, ze latwiej i przyjemniej bedzie sie spotkac w miejscu, gdzie zaden gosc nie zwymiotuje mu na podloge, czy nie zapaskudzi niedawno zakupionych mebli.

Moze tez dlatego przez tych osiem lat pobytu na Wyspach, nigdy nie bylam na tzw. house warming party.

House warming party to po naszemu po prostu parapetowka. Okreslenie to ma swoj poczatek w czasach, kiedy nie istnialo jeszcze centralne ogrzewanie. Kazdy z gosci przynosil wtedy kawalek drewna na opal i wkladal je do kominka. Tak wiec ten kawalek drewna byl niejako prezentem dla wlasciciela domu, by pomoc mu stworzyc ciepla atmosfere w jego przybytku.
Szczerze mowiac nie sadze, zeby wielu Anglikow wiedzialo skad wzielo sie to okreslenie. Ale pytac dzis nie bede. Z przekory!

W kazdym razie to spotykanie sie w pubie ma swoje zalety i...sens. Nie ryzykujesz niczego. Jesli natomiast zdecydujesz sie na to, zeby zaprosic kilku znajomych do Twojego nowego, pachnacego swiezoscia domu...Coz...Robisz to na wlasne ryzyko. Ludzie  potrafia sie bardzo rozluznic i po ciezkim tygodniu wlewaja w siebie mnostwo alkoholu (ale to temat na osobny post). A pijany moze oznaczac:
agresywny, zarzygany, wsciekly, zaczepny...Co z tego, ze wlasnie sie wprowadzilas, i wydalas mnostwo  pieniadzy na urzadzenie sie.  Co z tego, ze  sciany jeszcze niedawno byly w snieznobialym kolorze. Jest weekend! Trzeba pic na umor! Wiec dla przykladu zarzygamy Twoj nowy materac, zamkniemy sie w toalecie (zeby 'ochrzcic' Twoj sedes ,a co!), potem poplaczemy nad swoim losem i impreza, jak w morde strzelil!

Nie(!) polecam.

M.

2 comments:

Pani Dżi said...

dość kosztowna lekcja na przyszłość :/ bardzo mi przykro, ze to własnie spotkało Twoje śnieżnobiałe ściany :( tylko czy to wina alkoholu, czy ludzi??

Żyrafy Wychodzą z Szafy - fashion blog said...

a ja czekam z nicierpliwością na relację z "Goergii" ! No i mam nadzieję, że znajdziesz chwilę dla młodych gniewnych z listopadzie, by pokazać im trochę swojego Londynu, takim jakim mi go pokazałaś! Sciskam i nie mogę doczekać się również przyjazdu do Ciebie, być może zimną a byc może na wiosnę! ;***