xxx
Showing posts with label Emigracja. Show all posts
Showing posts with label Emigracja. Show all posts

Lepiej się naucz rozstawać.

'A jutro zostanę z babcią?'
'Nie Mała Mi, jutro babcia wraca do Polski.'
Przez trzynaście lat nauczyłam się dwóch języków, kultury, zwyczajów, samodzielności.
Potrafiłam kilka razy w roku przenieść się z miejsca na miejsce, ale podczas tych wszystkich lat nie nauczyłam się żegnać.
Też tak masz?
Że przed pożegnaniem snujesz się po domu, nie potrafisz być tu i teraz tylko ciągle wybiegasz w przyszłość, albo myślisz o przeszłości?
Chcesz odwlec pożegnanie, ale nie potrafisz, bo nikt jeszcze nie wymyślił wehikuł czasu.
Czasem chciałabym dać sobie za tę wrażliwość w pysk, wiesz?
Chcesz mieć na wyciągnięcie ręki, ale nie możesz.
A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nikt cię na siłę do tego samolotu nie wpakował, nikt nie kupił biletu w jedną stronę.
Nie nauczyłam się żegnać.
Ja jestem sentymentalna.
Mam to.
Jesień mi nie pomaga. Jesień potęguje we mnie tęsknotę.
Brakuje mi kogoś, kto snuł się po moim domu przez ostatnie pół roku, kto był na wyciągnięcie ręki, kto akceptował, chociaż nie zawsze było latwo.
Emigrant to człowiek bez domu.
Albo sierota.
Nawet jeśli któregoś dnia weźmiesz ten cholerny kredyt, wybudujesz dom, spłodzisz syna, nie wiem, zasadzisz drzewo, albo zaakceptujesz, wchłoniesz, to...To zawsze będzie tamten kraj, z którego wyszłaś, o którym wcale źle nie myślisz.
Za którym tęsknisz.
Będą ludzie, którzy mieli na ciebie wpływ, byli blisko. Ludzie od których sie uczyłaś, którzy, najprościej powiedzieć trzeba, są częścią tamtego, Twojego życia.
Życie na dwa kraje.
Wiesz...
Z podziwem patrzę na tych, ktorzy mówią, że nie wrócą bo i wracać nie ma po co.
A potem rodzą im się dzieci, które nie mają dziadków. Albo mają -dziadków internetowych.
I wtedy wszystko się zmienia.
Dziś żegnałam moją mamę na lotnisku.
Płakałam.
Ja się wiesz, nie chrzanię z emocjami.
I pewnie całe to cholerne lotnisko widziało, jak płaczę. Jak moja mała córeczka wyciąga ręce do swojej babci i nie rozumie, że nie możemy już iść dalej.
Jestem dzisiaj kurewsko niepogodzona.
Nie umiem się żegnać.
M.

E.

'Czy emigracja jest kobietą? Jeśli tak, to jaką? Kowalką własnego losu? Żoną przy mężu? Opiekunką? Ofiarą? Matką Polką na odległość? Dlaczego wyjeżdża, z czym musi walczyć, kim się staje? I jak z dystansu wygląda Polska?'


[Emigrantki własnym głosem]



Moja emigracja miewała słony smak łez, kiedy nie potrafiłam znaleźć swojego miejsca. Kiedy opłakiwałam tęsknotę na każdym lotnisku, kiedy tak bardzo nie potrafiłam powiedzieć, co bezpowrotnie straciłam a co powoli, z mozołem zyskuję. Emigracja się nie kończy. Przynajmniej ja w to nie wierzę. Nie potrafię też uwierzyć ludziom, którzy po kilku miesiącach od wyjazdu z kraju klną się na wszystko, że jest łatwo. Że sie przyzwyczaili. Czy przestają być obcy? I kiedy właściwie to zaczyna być ich miejscem, ich domem?


I czy można mieć dwa domy?

Po jakimś czasie chyba tak.

Znam ludzi dla których tamto, w Polsce jest już nieaktualne, bo dom tutaj kupili, dzieci się rodzą, czas ucieka. W końcu gdzieś trzeba przysiąść na stałe. Znam też innych, dla których to, tutaj domem się nie stanie bo sumiennie, z uporem odkładają każdy grosz na dom w Polsce. Bo nigdy, pracując przy taśmie nie nauczyli się języka, zresztą i tak wcale nie był on im potrzebny. Przyjdzie przecież moment, kiedy stąd wyjadą. Kiedy każdy odłożony funt pomnożą przez pięć złotówek i bez żalu opuszczą kraj, którego nigdy nie potrafili pokochać. 

A potem wśród rozmów z tymi, którymi przyjaźń na emigracji udało się stworzyć, dowiaduję się, że teraz też można dalej wyruszyć. I tym właśnie najmniej się chyba dziwię. Bo przecież, kiedyś już wszyscy spakowaliśmy walizki i z biletami w jedną stronę wyruszyliśmy w nieznane. Dlaczego więc nie moglibyśmy tego zrobić raz jeszcze? 


Kiedy pomyślę, jak bardzo emigracja potrafi otworzyć nam oczy, jestem szczęśliwa, że kiedyś tupałam nogą i prosiłam o bilet do Londynu. W jedną stronę.


Ale...Kiedy pomyślę, jak wiele emigracja zabrać potrafi i jak wiele myśli musiałam od siebie odsuwać, żeby nie zwariować to ta wdzięczność gdzieś ulatuje na chwilę dłuższą i nie chcę, nie lubię i znowu pytania: 'A co by było gdyby?'

Gdybym nie wyjechała?

Czy jeśli nie Wyspy to byłby inny kraj?

Czy warto w ogóle się nad tym zastanawiać?






Emigracja...Emigracja to nauka. Wyobraź sobie, że nagle wysiadasz w świecie, którego nie znasz, do którego nie jesteś przywyczajona. Nie znasz języka, zwyczajów, kultury. Miejsce, w którym nagle wylądowałaś jest jak czysta kartka, którą zapełnisz swoimi doświadczeniami. Nie wiesz, kogo przyjdzie Ci spotkać, ani z kim właśnie pożegnałeś się na zawsze. Dlatego właśnie emigracja to słodko - gorzkie doświadczenie. To mieszanka uczuć, które chociaż nie wiem, jak bardzo bym się starała, trudno będzie mi opisać. To szaleństwo, którego nie ogarniam, bo kiedy wszystko idzie tak, jak powinno, wydaje mi się, że to moje miejsce właśnie i nagle akceptuję wszystko, co mnie spotyka, biorę na klatę, doświadzczam. Żyję. A kiedy jest cisza, albo brak, albo zwyczajnie codzienne problemy dają o sobie znać, to wtedy znowu wyobrażam sobie siebie z biletem w jedną stronę. 


Do kraju tym razem.

Bo emigrant zawsze będzie miał przynajmniej dwa domy. 



Wyjeżdżając, zgadzamy się na utratę, ale jednocześnie otwieramy się na nowe...A to nowe może nam przynieść wszystko to, czego brakowało nam w naszym kraju. Okraść nas ze wszystkiego może, co nasz kraj nam dawał.




Czarne albo białe, prawda?

Tak trudno to wszystko wypośrodkować i muszę przyznać, że zadzroszczę ludziom, którzy potrafią powiedzieć, że to tu, to już na zawsze. Że się przyzwyczaili a w Polsce brak pracy więc i wracać nie ma po co.

A potem jadę do tej Polski, widzę znajomych, rodzinę, przyjaciół. Ludzie się wspierają, dziadkowie na wyciągnięcie ręki. Ludzie chwile kolekcjonują. Nie funty. I myślę wtedy, że to przecież na tym właśnie życie polega - żeby być blisko.

Myślę, że człowiek, który wyjechał musi czasem bardzo walczyć, wyrywać dla siebie i nie odpuszczać. Znam takich, których ambicja uwiera i przez to nie potrafią zagrzać nigdzie miejsca na dłużej. Ciągle muszą sobie coś udowadniać, gnać za czymś niewidzialnym, nieokreślonym. Chcą być lepsi niż są. I może tak jest wszędzie, ale na emigracji jest to po prostu bardziej widoczne.

Są tacy, którzy po każdej, małej porażce chcieliby spakować walizkę i uciec, bo ktoś, gdzieś dał im do zrozumienia, że zawsze będą tutaj obcy a to potrafi zaboleć. Myślę wtedy, że nie czas i miejsce, żeby się poddawać. Że skoro kiedyś nie wiedzieli co to jest: garlic a jednak postanowili zostać to teraz tym bardziej nie można uciekać.

Emigrant nie ma lekko.


Emigrantka też nie.




Kiedy patrzę na kobiety emigrantki, widzę strażniczki domowego ogniska, czekające na swoich mężów z ciepłym obiadem. Tak rzadko innym niż polski.

Ale widzę też takie kobiety, które pędzą na oślep, rzucając się w wir pracy, nie myślące wcale o obiedzie składającym się z dwóch dań. Daleko im do tego.

Emigracja jest kobietą. Silną. Nierzadko dźwigającą na plecach ciężar o którym nie mówi. Emigracja jest dumna. Uśmiechnięta, otwarta. Zamknięta i ponura. Emigracja teraz, kiedy próbuję ją opisać i w ramy zamknąć, wymyka mi się spod klawiatury, nie daje zdefiniować, w ramy zamknąć.

Jest tęsknotą.
Może być pragnieniem.
Jest człowiekiem, który może nosić tak różne w sobie cechy. To trochę tak, jakbyśmy za wszelka cene określić kogos chcieli, a przecież nie zawsze się da.
Emigracja to żebrak na Victorii, alkoholik czy pijak, który boi sie wrócić do domu bo myśli, że nic nie osiagnął. To ten elegancki mężczyzna w garniturze biegnący przez londyńskie City z laptopem na ramieniu. To kobieta żyjąca z benefitów i taka, która nie przestaje pracować.
Emigracja, jak człowiek.



Każdy jest inna. Bo każdy nosi w sobie swoją historię.



M.





'Leżę, pode mną Polska.'

Lubię pisać o podróżach dalekich, doświadczeniach, jakie dane jest mi zebrać i o kolejnych marzeniach, które wyłaniają się po drodze a potem bywa, że latami czekają na spełnienie.
Ale jest w moim sercu miejsce szczególne, do którego zawsze wracam z wielką radością.
Nie posiadam się ze szczęścia, kiedy ląduję na jednym 'z najmniejszych lotnisk świata', gdzie pasażerowie, którzy wylatują niemal mieszają sie z tymi, którzy właśnie przylecieli.
Gdzie panowie celnicy uśmiechają się z rzadka, a ja odbierając bagaż, z tęsknotą wypatruję tych, którzy zawsze czekają...
W myślach niezmiennie wtedy śpiewam najpiękniejszy utwór, który towarzyszyć mi będzie już przez cały pobyt.



W ciągu tych dziesięciu lat dzielenia życia na to, co już dawno domem a tym, co domem powoli się staje nauczyłam się bezczelnie czerpać z każdej chwili spędzając czas w kraju, w którym się urodziłam.
Czy coś jeszcze dziwi?

Tak. Bywa, że  jestem zdziwiona, bo pani w sklepie znowu patrzy ze złością jakby i nie stać ją nawet na krótkie: 'dziekuję', ktorego wypowiedzenie nie boli nawet.
Albo na wspomnienie pani kosmetyczki sie dziwię bo  nie szczypiąc się wcale, krytykuje z odwagą moje brwi i stawia diagnozy malując moje pazokcie. A ja przecież do lekarza nie przyszłam tylko paznokcie chcę pomalować i nikt nie lubi słuchać o ewentualnych chorobach czających się pod paznokciami, prawda?

I tez sytuacja sprzed kilku lat na ten przykład, kiedy to w środku lata miałam takie widzimisię, żeby kupić czarny sweterek.

-'Weź pani jakiś kolorowy, no co pani? Latem czerń nosić?'- usłyszałam.
No, ale ja się na tę czerń uparłam i nawet pani sprzedawczyni (choć argumenty miała logiczne) wybić mi tego nieszczęsnego koloru z głowy nie potrafiła.

Uśmiecham się jednak nad tym przekonując samą siebie, że takie to już są uroki mojej Polski i taką ją właśnie akceptuję. Nie przyjechałam przecież nikogo zmieniać i pouczać mówiąc, co wypada a czego nie. Czas nam się nie zatrzyma. Niestety.

                                                           Co się nie zmienia?

Tacy taksówkarze się nie zmieniają na przykład. 
W Polsce, w moim mieście są to zazwyczaj specyficzni, bardzo mili i dobrze poinformowani panowie. 
Kiedy wsiadam do taksówki, zawsze pierwsza zaczynam rozmowę. Z dziwnych powodów nie chcę tracić czasu na zwykłe milczenie.
I tak dowiaduję się o zmianach w moich mieście, że radio w końcu powstalo, pani droga, a tak długo czekać nam było trzeba. Szczecin już dawno swoje ma!
A potem jeszcze można się dowiedzieć, które osiedle najwięcej pije, jakie puby dziś są otwarte, kto został prezydentem i dlaczego nie powinien...
Jakie sklepy są najtańsze i że ci biedni, młodzi znowu na emigrację ciągną jak na stracenie. A starsi, zostają a jakże, bez przyszłości w tym niewielkim acz urodziwym mieście.

Nie zmieniają się też moje małe przyzwyczajenia, rutyny towarzyszące mi podczas każdego przyjazdu. Rodzice pytają (chociaż wiedzą) o pierwszy obiad a to niezmiennie, od dziesięciu lat ziemniaki z gulaszem z żołądków i buraczkami.

Albo choć raz musi być kurczak po chińsku z wietnamskiej knajpy w której czas (i ceny) jakby się zatrzymały.

Niezmiennie też słyszę, że na tę swoją Polskę znowu ciepłej kurtki nie wzięłam, więc biegam po sklepach trzęsąc się z zimna. Ale lubię (co robić?) to zimne, ostre powietrze zamiast nijakiej, choć ciepłej pluchy.

I miłość!
Miłość najbliższych się nie zmienia. Chyba, że potęguje. Wytrzymali okres, kiedy niezbyt trzeźwa wracałam wczesnym świtem do domu. Tolerowali moje wyskoki i dali czas, żebym sama zdecydowała, co jest dla mnie najważniejsze. I dotąd nic się w tej kwestii nie zmieniło.

Przez ten czas przylotów i odlotów spotykałam się z wieloma ludźmi i nawet teraz stanowią oni dla mnie ważny punkt, nieodzowną jakby część każdej wizyty. I może często zdarza mi się milczeć i obserwować tylko, ale to właśnie wtedy dowiaduję się najwięcej, czerpię najwięcej inspiracji i tej najlepszej na świecie energii, która potem mnie niesie.
Te spotkania, czesto dwa razy do roku są okazją do dyskusji na tematy wszelakie, do ostrej wymiany zdań nawet, ale kiedy rano potem spaceruję ulicami Szczecina spiesząc do domu to wiem, że te godziny ani troche zmarnowane nie były. I, że znowu mogłam być w miejscu dla mnie ważnym.

Uwielbiam rozmowy na temat podróży, planów, oczekiwań. Śmiech, filmy i książki, które koniecznie przeczytać trzeba i miejsca, zupełnie różne w które nas gna nie bez powodu. I nawet, kiedy rozczarowaniem się dzielimy lubie, bo to część tej całości.
Bo książka była piękna i każda z obecnych w tamtej chwili osób pochłonęła ją w dni kilka i uwierzyła, że bohater tak właśnie żył. Ba, nawet wielu z nas popchnęła (ta książka) w podróże dalekie, a potem rozczarowanie już tylko.
I wiem, że wiele nam się nie zmienia, kiedy nie boję sie poprosić o pomoc, albo w rozmowie nie ma tematów  tabu.

I idąc ulicami mojego miasta, nucę z Kasią...

'Głowa się moczy w Bałtyku
Stopę opieram o Giewont...'

M.

Czego zazdroszczę Polakom w Polsce?

Temat, chyba z tych po których przeanalizowaniu, stwierdzamy po prostu, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. Ale temat jednocześnie ciekawy, bo przewijał się i przewija podczas różnych spotkań, kiedy po kolejnym już wypitym kieliszku, któryś z biesiadujących powie cicho: 'Bo ja to byłbym już tak naprawdę szczęśliwy, gdyby...'
Gdybym miał przy sobie rodzinę. Całą. Gdyby powietrze było takie, jak w Polsce a jezioro na wyciągnięcie ręki. Gdyby dzieci nie trzeba było dawać do przedszkola, tylko do babci, co mieszka po drugiej stronie ulicy. Żeby dziadkowie z wnuków mogli się cieszyć.
A kiedy coraz więcej czasu mija, i alkoholu coraz więcej płynie w żyłach, taki pan Polak myśli już, że właściwie to co stoi na przeszkodzie w tym powrocie? Trzeba się tylko zwolnić z pracy, spakować kilka rzeczy a dzieci wypisać ze szkoły.
I nagle, wszystko okazuje się odrobinę trudniejsze niż na początku się wydawało. Dzieci przecież przywyczaiły się do Wysp, mają tutaj znajomych, znają jezyk. Bywa, że o wiele lepiej niż ich rodzice.
My to my. Jakoś się przyzwyczaimy, ale oni? Nie możemy przecież im tego robić.
Wrócimy do Polski na pewno.
Na starość na pewno.
I koło się zatacza...W poniedziałek wstajemy do pracy, robimy to co zwykle, byle do piątku. Byle jak.

Podczas ostatniej rozmowy z kuzynką, kiedy to wspomniała inną osobę z naszej rodziny i stwierdziła, że chłopak radzi sobie dobrze w tej Polsce. Że obrotny jest, głowę ma na karku. Pomyślałam, że to pięknie, że ktoś zostaje i ciągnie ten wózek, kupuje nowe domy, inwestuje, idzie do przodu. I  możemy mówić tutaj pieniądzach, dobrym starcie i pięknych mieszkaniach. Ale nie o tym myślę, kiedy odwiedzam bliskich.

Jest pewnie wiele spraw których nie zazdroszczę, ale to nie temat na dzisiaj.

Gdybym miała się skupić na tym, co powoduje ukłucie w sercu to chyba byłoby to, że najbliżsi są...blisko.
Na wyciągnięcie ręki.
Można się z nimi spotkać codziennie, chociaż mieszkają w różnych częściach miasta. Można wyskoczyć na weekend i spędzić razem kilka ważnych chwil.
Polacy w Polsce nie muszą wybierać na które święta w tym roku pojechać.
Nie muszą rozbierać na części pierwsze swoich urlopów. Całych tych dwudziestu pięciu dni.
Mogą się zobaczyć zupełnie bez okazji. Nie przyjeżdzać tylko na chrzciny, pogrzeby, komunie, czy wesela.
A taki był chociażby poprzedni rok.

Polacy w Polsce mogą wykorzystać cały swój urlop na podróże do dalekich krajów. A kiedy Polak w Anglii grzecznie pyta czy może wziąć nie dwa, ale trzy tygodnie urlopu to dostaje z góry odmowną odpowiedź. Po co?
Z jakiego powodu? Do Tajlandii dwa tygodnie wystarczą, ile chcesz leżeć na plaży?
A, że z plecakiem, że kilka krajów i dwa tygodnie to czas za krótki...Niestety nie.

Dlatego też niektórzy marzenia odkładają na później, wierząc, że następnym razem się uda.
W międzyczasie może zmienią pracę przy której, już na wstępie zaznaczą, że podróżować lubią i chcą i proszę się przyzwyczaić zanim mnie państwo zatrudnicie. Ale takich odważnych jest jak na lekarstwo, zwłaszcza, kiedy kredyty na głowie a o pracę już nie tak łatwo.

Stąd rodzi się we mnie zazdrość, że musimy wybierać. Jeśli pojadę gdzieś daleko na kilka tygodni, to nie spotkam najbliższych w święta. Bo chociaż święta tutaj nie są złe, to na własnym tyłku przekonałam się, że atmosfera inna, śniegu brak i jakoś smutniej się robi. A, że nie sposób dwudziestu pięciu dni rozciągnąć do nieskończoności  to co roku wielu z nas staje przed wyborem, którego nawet jeśli nie akceptuje to zmienić nie potrafi.

I kręci nam się to emigracyjne życie.

M.

Powroty...

Dziesięć lat  temu była tu dosyć spora grupa ludzi. Przewijali się podczas różnych imprez. Niektórzy zostawali dłużej, inni już nie wracali. Każdy miał jakiś powód. Każdy swoje życie.
Wiele razy mówiono o Wyspach z pogardą. Zaznaczano, że gdyby nie pieniądze, nikt by się nie zdecydował kupić tego biletu w jedną, póki co, stronę.
Że tam daleko jest żona, dziecko w drodze...A pieniądze przecież z nieba nie lecą.
Każdy pracował, jak mógł. Nadgodziny, dodatkowa praca. Wieczorami piwo z polskiego sklepu. Zasłużone, a jakże.
A w weekendy długie telefoniczne rozmowy z rodziną.
Kiedy przypomnę sobie te początki, pojawia się jakaś nutka sentymentu do tego, co było.
Zmusza to oczywiście do refleksji i zweryfikowania planów i marzeń, które gdzieś, ktoś miał na początku swojej przygody z emigracją.

Praca, odkładanie ciężko zarobionych pieniędzy, izolacja. Czasem niechęć do integrowania się z innymi i myślenie tylko o tym, że jeszcze kilka lat, jeszcze chwila i pojadę do wymarzonego domu. Przecież fundamenty już wylane, dzieci się rodzą, żona czeka...
Ilu ludzi, tyle scenariuszy. I może nie pisałabym o tym, gdyby nie odwiedziny kolejnych znajomych, którzy szykują się do swojego powrotu.
Spośród tych, którzy wyjechali, chciałabym usiąść zwyczajnie z kilkoma i zapytać, jaki był ich powrót.
Czy oczekiwania pokryły się z rzeczywistością, która czekała na nich za drzwiami lotniska?
Co ich zaskoczyło w ich własnym kraju a co sprawiło, że pomyśleli, że za tym właśnie tęsknili?
Czy można tak po prostu się przestawić? Czy dzieli się czas na przed i poemigracyjny? Czy życie się dzieli?
Albo, kiedy już człowiek rozpakuje walizki, przywita się z najbliższymi, to przecież dla każdego musi w końcu przyjść ten moment, kiedy zaczyna się zastanawiać co dalej, prawda?
Przecież z czegoś trzeba żyć. Rachunki same się nie zapłacą.

Kiedy pytam (bo przecież pytam) tych, którzy wrócili, jak...Jak jest? Zawsze jest ta sama odpowiedź, że wszystko dobrze, życie się kreci, dzieci do szkoły, mąż do pracy (jeśli jakąś ma)...Ale jakaś blokada, jakby nie chciano o wszystkim rozmawiać i ta konwersacja nagle staje się miałka, bez sensu. Nie mówię, że chcę codziennie słuchać o cudzych problemach, ale chciałoby się wiedzieć, czy wybór był dobry, czy dało im to szczęście. I człowiek wtedy się zastanawia gdzie ja bym była, gdybym kilka lat temu podjęła decyzję o powrocie?

Mówi się, że do pięciu lat na emigracji, powinniśmy podjąć decyzję o tym, co dalej.
I ja tej decyzji długo podjąć nie potrafiłam. Myślę, że wiłam się między jednym a drugim. Między tęsknotą za tym, co zostawiłam w Polsce, a wygodnym życiem na Wyspach. Stałam w rozkroku między dwoma krajami, bo 'tam już nie moje a tutaj jeszcze nie moje.'
Wracałam z różnych miejsc i ciągle nie czułam, że tu jest mój dom. Zawsze uparcie mówiłam, że dom jest w Polsce. Zawsze.

Myślę, że stałam w tym dziwnym 'rozkroku' zbyt długo. Poczułam w końcu zmęczenie, przestałam na samą siebie naciskać, a co najważniejsze pogodziłam się z wieloma faktami.
Nie, nie zaczęłam podchodzić do życia w myśl zasady, że co ma być to będzie, bo sądzę, że zawsze można zawalczyć.
Ale pogodziłam się z tym, że już zawsze będę myślała, że wakacje z w Polsce trwają zbyt krótko, żeby zobaczyć wszystkich. Albo, że zawsze będę tęskniła. Że przy pożegnaniach juz zawsze będę płakała.
Wybrałam swoją drogę i pogodziłam się ze wszystkimi kosekwencjami.

I już nie tupię nóżkami mówiąc, że wraca się tylko do domu a dom jest w Polsce. Bo dom może być wszędzie. Co więcej, można mieć dwa domy...

Chyba właśnie tego chciałabym Wam życzyć.

Udanych powrotów. Tych na Święta i tych życiowych.

M.

Co mnie na Wyspach zaskoczyło.

Wysiadam z autobusu niepewna zupełnie dokąd powinnam pójść. Wiem tylko, że skupić się wypada bo ruch jest lewostronny i nie ma żartów.
Londyn jest ogromny. Nie lubię. Zbyt dużo ludzi, mnóstwo innych jezyków no i przede wszystkim ten cały angielski z którego rozumiem może co dziesiąte słowo.
Wszystko wydaje mi się duże, w dużych ilościach, może nawet przesadzone trochę .Jest niedziela.
Ludzie pędzą, jak szaleni. Dlaczego w ogóle miałoby mi się tutaj podobać?
Nie zapuszczę w tym miejscu korzeni. To pewne.
Kolor nieba? Mało zachmurzony nawet. Gdzie ta cała mgła z której słynie Anglia? Gdzie deszcz i ciemne niebo?
Siadam na przystanku obok innych Polaków, których ktoś za chwilę ma odebrać.
'Ja do córki. Dziecko urodziła to pomóc przyjechałam. Ale tylko na kilka miesięcy.
A Ty?'
A ja? Nie wiem.
Przyjechałam, bo tak, chyba bez wyraźnego powodu. Skończyłam szkołę, dostałam kilka funtów na drogę, spakowałam ciuchy do nowej walizki i jestem.
Mam też kilka sztang papiersosów na sprzedanie. A może sama wypalę?
Za kilka dni do pracy na zmywak. Jakoś będzie. W końcu to tylko na trzy miesiące, nie dłużej.
Taki wstęp.
A potem mnóstwo zaskoczeń.

Ludzie mili.

W kilka dni po przyjeździe idę do pracy. Mijam szare domy, ludzi z psami...No właśnie, ludzie. Pytają, jak się mam nawet mnie nie znając. Nie do końca pewna jestem po co i dlaczego interesuje ich moje samopoczucie, ale odpowiadam grzecznie, że ok, nie zagłębiając się zbytnio, bo i tak znajomość a raczej nieznajomość języka na to nie pozwala. I idę dalej nadrabiając uśmiechem.
Tak mi zostało.
Nie wiem, dlaczego pyta się mnie o  tyle rzeczy.zwłaszcza, że na wiekszość i tak odpowiedzieć nie potrafię. Zmywam więc te gary we włoskiej restauracji i nie odzywam się zbytnio. Raczej słucham innych, uczę się i zapamiętuję. Dziwię się też, bo roboty nie ogarniam. Gary się piętrzą, ja nie wybieram, śpiewając sonety Szekspira.
'Śpiewając' to chyba też zbyt duże słowo, ale zostańmy przy nim.
W międzyczasie dowiaduję się o narodzinach mojego pierwszego chrześniaka i płaczę idąc ciemną ulicą. Za zarobione funty kupuję smażonego w głębokim tłuszczu kurczaka. Jeszcze nie wiem, że wiekszość takich barów jest prowadzona przez 'ciapaków'. Nawet nie znam takiego słowa, ale już go nie lubię. A potem nawet nie używam.
Ręce śmierdzą chlorem, po raz kolejny nie myję podłogi przed wyjściem z restauracji i tym razem zostaję zwolniona. Bez nerwów. Ludzie nadal pozostają mili.

Multi -kulti

Nie oszukujmy sie, nie pochodzę z metropolii a i sama Polska nie jest państwem o wielu kulturach. Dlatego obecność ludzi z części świata o których odwiedzeniu mogę  tylko pomarzyć, zupełnie mnie odurza. Ale uwielbiam to.  Dzięki obecności tych ludzi, mam szansę dowiedzieć się rzeczy niezwykłych o innych kulturach i obyczajach. Chłonę informacje jak gąbka, wypytując o wszystko. Przy wybieraniu owoców, których liczba jest niemal nieskończona, na przerwach na papierosa, albo na spotkaniach przy piwie uczę się bollywodzkiego tańca. Słucham rozmów z których wyłapuję kilka znajomych słów. Czasem odpowiadam na pytania. Częściej nie.
Ludzie wokoł nie dają za wygraną i ciągną za język, uczą nowych słów. Lubię.
Z nieskrywaną ciekawością próbuję nowych potraw, zachwycam się smakami i nieśmiało zaczynam marzyć o podróżach. Anglia staję się przystankiem, bo nie pozwalam by stała się domem. Jakaś taka uparta jestem.
Ale zawsze wracam.
W czasie krótkich przecież wizyt w Polsce przestawiam się na brak innych kultur. W moim małym mieście mijam tylko jednego, czarnoskorego mężczyznę, koszykarza lokalnego klubu.
Obok Londynu na palcach zliczyć nie sposób jak wiele różnych kolorów skóry mijam w ciagu zaledwie pięciu minut.
Przy wyjściu z pracy napada na mnie kilku obcokrajowców. Nadal lubię multi - kulti.

Krany na ciepłą i zimną wodę.

Co ja piszę?! W Anglii nie ma ciepłej wody. Jest albo piekielnie gorąca albo nieziemsko zimna. Osobne krany to pozostałość z wojen, ale nie daję się przekonać. Warczę ilekroć muszę pozmywać naczynia, nie wspominając o kapieli. Słowo: 'gorąca' nagle nabiera zupełnie innego znaczenia.
Przy pierwszym, wynajętym mieszkaniu próbuję wziąć super relaksującą kąpiel przy świecach.
Jest albo zbyt zimno, albo za gorąco a do tego dywan na łazienkowej podłodze, co jest kolejnym zaskoczeniem.
Wychodzę wściekła.
Myślałam, że chociaż przy zmywaniu naczyń będzie lepiej. Poparzyłam sobie ręke.
Poddaję się i akceptuję fakt, że nawet przy kranach mieszanych można albo ugotować albo zamrozić sobie kawał skóry.

Wszechobecne zasady bhp.

Na wszystko trzeba mieć trening. Nożyczki? Dostaniesz, owszem, ale najpierw musisz papiery podpisać. Że wiesz, jak się posługiwać, że gdyby skaleczyć się przyszło to rabanu nie podniosę tylko wezmę pełną odpowiedzialność. Za to skaleczenie, rzecz jasna.
A potem stos papierów podpisać trzeba. Jak już plaster naklejony to jeszcze kilka razy pytanie padnie, czy dobrze się czuję, czy do domu pójść nie chcę przypadkiem.
Cały czas o skaleczeniu mówię, żeby wątpliwości nie było.
I człowiek powoli się przyzwyczaja.
Najpierw do treningu z używania nożyczek, potem drukarki, komputera i telefonu.
Wszystko opatrzone opisem i podpisem.

Takie Wyspy.

C.d.n

M.


Samotnie w podróży.

Zjeździł samotnie Europę i dobry kawał Ameryki Południowej.
Woli naturę od człowieka, a kiedy pochwalisz jego zdjęcie, stwierdzi tylko, że to świat podsuwa mu gotowe krajobrazy, a aparat to tylko narzędzie.
Dzięki temu, ściany naszego małego mieszkania zdobią obrazy miejsc z różnych stron świata.
Podczas gdy ja poszukuję ludzi i wsłuchuję się w ich historie, on woli usiąść z papierosem i kontemplować rzeczywistość.
Mimo tak wielkich różnic, udało nam się kilka wspólnych podróży, ale ta rozmowa nie będzie o jednej z nich.
Chcę się dowiedzieć, jak to jest podróżować samemu, nie bać się i co jest najważniejsze, kiedy przekracza próg bezpiecznego lotniska i udaje się w nieznane.

Siadamy naprzeciw siebie i ciężko nam zacząć tę rozmowę, mimo wielu innych, które odbyliśmy w kilku miejscach. Ja się upieram, on też. Każde w swoja stronę.
Staram się wycisnąć jak najwięcej i dowiedzieć się czegoś, o czym jeszcze nie słyszałam.
Okazuje się, że łatwo nam się rozmawia, kiedy wiemy, że nikt nie słucha.
Teraz trudniej, bo ja wszystko skrzętnie zapisuję.

Ale żadne się nie poddaje.
To chyba ważne.


Ona: Dlaczego sam?

On: Dlatego, że lubię być zdany sam na siebie. Podróże przynoszą wiele nowych doświadczeń, a ja lubię sam je przeżywać. Poza tym (a może to właśnie jest najważniejsze?) podróżując samemu z dala od znanych miejsc, ludzi i rzeczy człowiek jest zmuszony do poszukiwania innego, nowego piękna.
Wyobraź sobie, ze jesteś w nieznanym miejscu, wszystko jest nowe. Jest mnóstwo emocji a jedyne co ci ciąży to cięzki, zakurzony plecak. Wtedy łatwo odkryć piękno, a dla każdego ma ono inną definicję.


Droga do Arequipy (Peru)
Ona: Drugi człowiek przeszkadza w poznawaniu?


On: Niekoniecznie.
Chociaż czasem fajnie jest gdzieś usiąść samemu, nikomu sie nie podporządkowywać, nikogo nie brać pod uwagę, z nikim nie dzielić swoich myśli.
Z drugiej jednak strony, kiedy podróżujesz z kimś, to ten właśnie czlowiek może ci pokazać inne spojrzenie, inną stronę, inną perspektywę.

Ona: Na przykład?

On: Nie mam przykładu. Musiałbym być dwa razy w tym samym miejscu. Raz sam, drugi raz z kimś jeszcze. Wtedy mógłbym ci powiedzieć, co dała mi obecność tej drugiej osoby.

Ona: A Ty właśnie nie wracasz tam, gdzie już byłeś. Pamiętasz jak w tamtym roku chcialam po raz kolejny kupować bilet do Gruzji? Zostawiłam tam część siebie. Ty jednak uparłeś się na Nepal...

On: Pod tym względem się nie zmieniłem. Nadal jestem dzieckiem, które lubi odkrywać nowe zakątki.
Może pewnego dnia zdążę wrócić na miejsca warte powrotu.


Ona: Co Ci daje podróżowanie?

On: Wolność, nowe doświadczenia. Możliwość patrzenia na świat w 3D zamiast przez ekran płaskiego telewizora. Ale wolność jest w tym najważniejsza.
Zmienia się perspektywa. Nawet coś tak zdawałoby się prozaicznego, jak kolor nieba, potrafi mnie wprawić w dobry nastrój.
Oprócz tego, podrożowanie sprawia, że doceniam to, co mam. Widząc biedę w miejscach, które zwiedziłem, zacząłem inaczej patrzeć na pełną lodówkę.


Ona: Czym jest dla Ciebie wolność?

On: Możliwość zmiany kierunku w którymkolwiek momencie podróżowania. Wolność to także możność bycia anonimowym. W podróży nikt nie zna twojej historii dopóki sam nie zdecydujesz się jej opowiedzieć. Możesz być kim chcesz i to ty nadajesz kierunek rozmowom i znajomościom. 
Wyobraź sobie, że siedzisz na brzegu Bosforu, oparty o tych kilka niezbędnych rzeczy spakowanych w jeden plecak. Nic nie musisz. Możesz patrzeć na to co cię otacza, otwierać  się na nowe doświadczenia.
Papieros w gębie i jesteś tak naprawdę nikim.

Ona: Albo tym, kim chcesz być...

On: A może to synonim... Bycie nikim to najwyższy poziom wolności. Nikt o nic nie pyta, niczego nie oczekuje. Jesteś sam ze swoimi myślami i jesteś panem swojego dnia. To ty decydujesz o tym, co będzie dalej, albo zdajesz się na los. Twój wybor. 


Ona: A strach?

On: Strach jest gdzieś na dnie wszystkich tych odczuć i emocji. Najpierw pojawia się ekscytacja, radość z możliwości poznania nowego. Na strach nierzadko nie ma już miejsca.
Jest też inne uczucie - respekt. To on zmusza mnie do racjonalnego myślenia, unikania podświadomie niebezpiecznych sytuacji.

Huacachina (Peru)

Ona: Myślisz, że strach ogranicza?

On: Oczywiście.  Strach to uczucie, które limituje, ogranicza nas i zamyka na nowe. Może cię sparaliżować, a wtedy nie ma szans na swobodne poznawanie.

Ona: Lima, Istambuł, Cuzco a może plaża w Meksyku? Który kraj jest Twoim ulubionym?


On: Zawsze twierdziłem, że granice między państwami są zbędne dlatego coś takiego jak kraj, w moim mniemaniu nie istnieje. 
Tak naprawdę nawet miejsca nie są ulubione, bo to bliskość, obecność czegoś na kształt boga dodaje miejscu magii. 
Bosfor (Turcja)
Spojrzenie na zachód slońca nad białym Pamukkale, na niezliczoną liczbę gwiazd w ciemnych zakątkach Kapadocji albo Peruwiańskich And...Biały piasek na pustej plaży w Tulum o wpół do piątej rano z widokiem na Morze Karaibskie, spokój Wenecji wczesnym porankiem, czy maleńki kościół na tle Kazbeku...Kruchość i marność ludzkiego istnienia na tle zdawałoby się wiecznych wzgórz lub proste spojrzenie na długą, nieznaną drogę przed tobą sprawia, że miejsce nabiera magii. Że każde miejsce może być szczególne. Gdybym miał wybrać miejsce w którym w sposób szczególny czułem się częścią Wszechświata to na pewno byłby to Bosfor. 
Patrząc na statki kierujące się w stronę oceanu, myślałem o tym, jak będąc dzieckiem, otwierałem atlas w miejscu, które nazywalem swoim domem. Naiwnie nie zdawałem sobie wtedy sprawy jak zmieni się moje spojrzenie, kiedy pierwszy raz postawię swoją stopę na nieznanym gruncie.

Romantyczne albo  zbyt dziecinne? Może właśnie dzięki temu możemy dostrzec piękno tego świata?
Może to właśnie dziecięca naiwność zmusiła mnie do ruszenia tyłka i sprawdzenia co 'Sąsiedzi chowają w ogródku...'


Ona: Oboje wiemy, że nie lubisz robić zdjęć ludziom. Nie, żebym sie skarżyla, ale z naszych wspólnych podróży mam może kilka zdjęć...Jak to jest? Ludzie są mało interesujący?

On: Ludzie kochają siebie, to jak wyglądają. Jednocześnie zbyt mocno koncentrują się na tym, jak ich postrzegają inni. Zamiast cieszyć się chwilą i podziwiać piękno miejsca w którym się aktualnie znajdują i żyć tu i teraz, wolą trzaskać 'samojebki' jedna po drugiej po to tylko by za chwilę wrzucić to do mediów społecznościowych. Szukają atencji i ciągle chcą coś udowadniać, jak chociażby to, że w danym miejscu byli. Nie masz zdjęcia to tak jakby cię tam nie było.
Rozumiesz?
Gdyby bóg albo ewolucja chcieli, żeby na miejscach widniały ludzkie mordy, to już dawno zostałyby tam wkomponowane :)
Kazbegi (Gruzja)
Na Maczu Pikczu spotkałem pewnego Amerykanina. Taki pod 60tkę. Poprosił, żebym pstryknął mu zdjęcie i zaproponował, że odwdzięczy się tym samym. Zrobiłem mu tą fotkę, ale kiedy powiedziałem, że nie potrzebuję zdjęcia na tle Maczu Piczu, był bardzo zdziwiony. Zapytał wprost, jak zamierzam udowodnić  swoim znajomym, że tam byłem?
Do dziś nie rozumiem takiego podejścia. Dla tamtego człowieka najwyraźniej bardziej liczyła się opinia innych niż sam fakt obecności w tak pięknym miejscu.
Ale logiki temu facetowi odmówic nie można.
Kiedy wróciem z Peru mój znajomy stwierdził, że nigdzie nie byłem a zdjęcia ściągnąłem z neta.

Trudno.

Kolejnym powodem dla którego nie lubię fotografować ludzi, są japońscy turyści.
Wyobraź sobie, że idziesz dwie godziny w trzydziestostopniowym upale i nie, nie narzekasz. Chcesz coś zobaczyć, przekonać się na własne oczy jak wygląda to, o czym do teraz dane było Ci tylko czytać.
Może marzysz o chwili spokoju? Zapomnij.
Przed Toba parkują akurat dwa autobusy pełne zaopatrzonych w aparaty Japończyków.
A Japończycy mają niestety to do siebie, że zdjęcia robią wszystkiemu i wszystkim.
Dosłownie.
Ptak się po drodze zesrał? Trzeba to udokumentować! Dlatego ostatnie, czego chcę w tym moim podróżowaniu to obecność ludzi. Wiem jednak, że to tylko  pobożne życzenia.
Gdziekolwiek się nie ruszysz, możesz być pewien, że spotkasz tam czlowieka.
Tromso (Norwegia)

Wiesz, zdarza mi sie czasem pomyśleć, że może nie powinienem nawet robić tych zdjęć?Może warto po prostu patrzeć na świat najlepszym i najdoskonalszym aparatem na świecie - swoimi oczami.

Ona: Z pewnością. Tylko wtedy nie mielibyśmy tych wszystkich zdjęć na ścianach. Musialabym je ściągać z Internetu :) Ale masz trochę racji, wiesz? To mi przypomina naszą dyskusje gdzieś na granicy Gruzji z Azerbejdżanem. O końcu jednego i początku drugiego kraju, tak naprawdę stanowili celnicy. Siedzieli w tej gorączce, poważni, w mundurach. Ludzie robili zdjęcia ptakom, zdaje się, że był to orzeł. 
Zdjęcia, aparaty, okrzyki. A potem sie dziwimy, że nie potrafimy żyć chwilą.

M&M






Wielkanoc albo Happy Easter!

Gdyby ktoś mnie zapytał o to jak Anglicy spędzają Święta Wielkanocne, to z pewnością ten wpis zmieściłby się w kilku zdaniach.
Na szczęście w Wielkiej Brytanii można spotkać mnóstwo różnych narodowości i jak mówi stare przysłowie: 'Co kraj to obyczaj.'
Trudno o bardziej prawdziwe stwierdzenie.
Święta Wielkanocne zazwyczaj spędzam w Polsce, ale pewne okoliczności sprawiły, że w tym roku zostanę na Wyspach i muszę przyznać, że nie jest to najgorsze rozwiązanie. O ile jestem dobrze poinformowana to w Polsce ciągle sypie śnieg a temperatura jest bardziej minusowa niż plusowa.
Nie, żebym nie lubiła polskiej zimy ale przyznam, że wolę ją w grudniu a nie pod koniec marca :)

W okolicach Świąt zwykle, kiedy mamy chwile, dzielimy się w pracy naszymi spostrzeżeniami i opowiadamy sobie jak każde z nas spędza ten czas.
Dla wielu z nas, gdybyśmy tylko mieli mozliwosc, te dni byłyby szczególne, bo spędzone z rodziną i przyjaciółmi w miejscach, gdzie mamy swoje korzenie.
Ale nie zawsze tak może być, więc pozostaje się z tym pogodzić i zrobić wszystko, by było nam dobrze tu, gdzie jesteśmy.

Ze Świąt spędzonych tutaj pamiętam piekną, słoneczną pogodę i spacery po klifach. Łapanie pierwszego, wiosennego słońca i relaks.
I tak też wyglądają Święta większości Anglików. Wyjeżdżają nad morze, spacerują plażą, a potem spotykają się na obiedzie w pubie. W tak zwanym między czasie wychodzą na zakupy i spedzają czas z rodziną.

Nie gotują tradycyjnych potraw, nie spieszą się, nie myją okien i nie sprzatają całego mieszkania :)
Pozwalają czasowi płynąć, relaksując się z najbliższymi.

Polacy, których znam często robią to samo. Natomiast ci,  którzy mają rodziny starają się tradycję podtrzymać  robiąc wspaniałe śniadanie i wychodząc do polskich kościołów, których na Wyspach nie brakuje.

Moj wloski kolega, powiedzial, ze kiedy jest w swoim kraju podczas Swiat Wielkanocnych to zazwyczaj urzadza z rodzina gigantyczna uczte w postaci grillowanych potraw, ktorymi zajadaja sie w ogrodzie.
Ten sam kolega popatrzyl na mnie z wielka dezaprobata, kiedy zajadalam sie miechem w Srode Popielcowa. Dopytywal sie tez z czego zamierzam zrezygnowac w czasie Wielkiego Postu.
Kiedy ja zadalam mu to samo pytanie, z rozbrajajaca szczeroscia przyznal, ze jest zbyt duzo kuszacych rzeczy z ktorych musialby zrezygnowac...Wiec...Da sobie spokoj i nie zrezygnuje z niczego :)

Czy powtorze sie, jesli napisze, ze:'Co kraj to obyczaj'?

W trakcie kiedy Anglicy odpoczywaja, Polacy leja sie woda. W moim rodzinnym miescie wychodzilismy wszyscy na podworko i swietnie sie bawilismy.
Przebieralismy sie kilka razy, tworzylismy 'gangi' i zarowno chlopcy jak i dziewczyny mieli z tego niezla frajde.

Nie wszystkim to sie jednak podoba :)

Slowacy, bo o nich mowa, maja troche inny zwyczaj.
Mezczyzni zbieraja sie w grupy i chodza z (pustymi!) wiadrami od domu do domu, w ktorych mieszkaja mlode dziewczyny. Tam napelniaja wiadra, a nastepnie cala ich zawartosc wylewaja na Bogu ducha winna dziewczyne (na zdrowie, a co!). Po czym...Zadaja Slivovicy (albo co tam gospodyni w barku ma) i ida do nastepnego domu.
Zapewne gdybym byla rodowita Slowaczka ( a nie 'tylko' Polka uwielbiajaca slowacki jezyk i ichne knedliki) to nie mialabym nic przeciwko takim praktykom. Ale moja polska natura nie pozwolila mi spedzic Lanego Poniedzialku na slowackich warunkach.
Zeby nie bylo, ze jestem skapa, przed przyjsciem chlopakow wstawilam juz wodke do lodowki. Nastepnie  nabralam wody we wszystkie wiadra w ktorych posiadaniu bylam i spokojnie czekalam na armie (juz troche podpitych) znajomych 'zza miedzy'.
Kiedy tylko zapukali do drzwi, zaczelam swoja mala wojne :)
A nastepnie nakarmilam ich bialym barszczem i napoilam polska wodka :)

Pozdrawiam,

M.




Z podróży po internetach, czyli wszyscy tęsknimy...

Od dawna mówi się, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma....
W powietrzu pachnie już jesienią i niektórzy z nas czują, że z  lata nam niewiele zostało. Niebo jest zimno niebieskie i mało kto jeszcze chodzi dziś w spodenkach. Termometr wskazuje jakieś dwadzieścia stopni i wiadomo, że cieplej tego roku już nie będzie.
No i pojawia się tęsknota za latem na które trzeba nam będzie poczekać. Jeśli nie jesteśmy tymi szczęściarzami, którzy w grudniu wybierają się na spóźnione wakacje do ciepłych krajów to możemy swobodnie zaśpiewać:

'Żegnaj nam lato na rok...'

Przeglądając dziś zdjęcia,  uświadomiłam sobie, że tęsknię za kilkoma miejscami.

Polska.
Bo rodzina i przyjaciele. Poza tym - nie widziałam piękniejszej jesieni niż ta w Polsce. Liście szeleszczące pod butami. Specyficzny zapach powietrza i ten niezwykły zapach palonych liści. Kolorowe parki, czerwień ciepłych swetrów i dużo słońca.
Za to ci z Polski tęsknią za wakacjami w ciekawych krajach.
Ja też na przykład tęsknię za Gruzją, a ktoś bliski, który tam mieszka, tęskni za dziećmi, które z rożnych powodów musiał zostawić w innym kraju.
Bywa, że tęsknimy za osobami a te z kolei tęsknią za wolnością...Jedni tęsknią za ciężarem plecaków, które dźwigali przez kilka tygodni, jeszcze inni za domem i pachnąca pościelą.

Ktoś tęskni za ciszą i spokojem a kto inny najlepiej czuje się w pulsującym muzyką i ludźmi mieście.

Jedni tęsknią za długimi wieczorami przy grillu, inni cieszą się już na wieczory z książką i kubkiem gorącej herbaty.

Najwięcej tęsknoty zauważyłam w ciągu ostatniego tygodnia. Kiedy odbierałam bliskich z lotniska, przyglądałam się mężczyźnie z kwiatami. Stał niecierpliwie, co chwilę telefonując i przestępując z nogi na nogę.
Albo u kilkoro dzieci, które czekały na powrót taty. Chyba nigdzie nie ma tyle emocji i tęsknoty jak właśnie na lotniskach...Nie ma tylu wypijanych w pośpiechu kaw, rozmów. Nie ma uśmiechów i radości z powrotów i łez pożegnań...

Wszyscy tęsknimy.

Ja też.

M.

Za co lubię dziś ludzi?

Dziś będzie bardzo krótko i chyba nawet bardzo na temat.
Pytanie jest przecież dosyć proste, prawda?

Za co lubię dziś ludzi...Pana kierowcę na przykład polubiłam dziś bardzo.
Bo chociaż stałam na przystanku zakręcona zupełnie nie zauważając, że światła i, że nikt nie będzie w stanie tam dojechać, żeby mnie zabrać to pan kierowca zatrzymał się po drugiej stronie ulicy, żeby zamachać i upewnić się, że nie stoję tak bez sensu.

Lubię pana sprzątacza, który nie przestaje mnie zaskakiwać swoim codziennym optymizmem.

I starsze panie czekające na autobus lubię, kiedy opowiadają sobie historie a mi dane jest się przysłuchiwać i uśmiechać w duchu.

I kawa z uśmiechem podana, bilet na pociąg i za każdym razem uśmiech odwzajemniony, bo i zaraźliwy.

A potem jeszcze lubię Indiosów za ich niesamowite, życiowe utwory, które mnie nakręcają i nucę potem, przytupując i fałszując nie specjalnie...

Lubię moich Rodziców za paczkę - niespodziankę, w której zawsze czai się wędzony kurczak :)
I Pan, który dziś przywiózł mi meble i zaoferował pomoc, chociaż wcale nie musiał, ba - nawet nie powinien!Jego też lubię!

I jakoś tak łatwiej z uśmiechem...

Miłego dnia!

#Anglia#Emigracja#Ludzie

Plan your funeral, then...enjoy your life.

Anglicy są narodem wydawałoby się dość zorganizowanym, ale przede wszystkim mają wiele rzeczy zaplanowanych i są ludźmi, którzy podążają pewnymi, utartymi wcześniej ścieżkami.
Mówi się wtedy, że tak po prostu jest i tak po prostu wypada żyć.
Anglicy są ludźmi dla których utarte ścieżki są jakby drogowskazami którymi powinni podążać nie zastanawiając się specjalnie czy ja tak chce. Czy to moja droga?
Czy to w ogóle będzie działać?

Kiedy przeciętny Anglik kończy szkołę, co może nastąpić w wieku szesnastu, osiemnastu czy dwudziestu kilku lat w zależności od tego jaką drogę wybrał...wtedy właśnie decyduje się na tak zwany gap year. Wyjeżdża na jakaś wycieczkę. Najczęściej dookoła świata, najczęściej zgodnie ze wskazówkami zegara. Najczęściej nocując w hotelach. Używam słowa: 'najczęściej', bo są rożni ludzie i nie można i nie warto nawet  wrzucać ich wszystkich  do tego samego worka.
Wracając do tematu...Brytyjczycy jadą na wycieczkę, po roku z takiej wycieczki wracają, podejmują pracę, która z reguły odpowiada temu, co studiowali na uniwersytecie i...idą przed siebie.

Poznają  kogoś, biorą kredyt na trzydzieści lat, kupują dom i... idą dalej...Daleka jestem od krytyki takiego postępowania i takiego modelu życia. W końcu dobrze jest wiedzieć, do czego dążymy, co chcemy osiągnąć i dokąd dotrzeć. Gratuluję tym, którzy dowiedzieli się o tym przed trzydziestką. A co!

Kiedy rok temu kupowałam dom, byłam zmuszona wybrać się do banku w celu ustalenia kilku przelewów. Miła pani zza biurka zapytała, czy jestem właścicielką nieruchomości na co ja z dumą odparłam, że ja tak, że oczywiście i mój uśmiech  numer pięć. Sama radość!
Właściciel nieruchomości - to brzmi dumnie!

Pani zapytała, a raczej bardziej stwierdziła, wnioskując, ze mam na pewno spisany testament. Leży i czeka w bezpiecznym miejscu. Nie byłam pewna, czy ją zrozumiałam, bo pytanie wydawało mi się co najmniej dziwne.
Kiedy jednak dotarło do mnie, że przemiła pani pyta po prostu czy zdążyłam już w wieku trzydziestu lat, nie mając ani  męża, ani dzieci, zdecydować kogo obdarzę wątpliwym darem w postaci kredytu na kolejne dwadzieścia pięć lat, postanowiłam mówić prawdę i tylko prawdę.

Nie.
Nie mam.

Ale planujesz? No wiesz...wybrać się chociaż do prawnika...
Nie.

Nie planuję.

Na pewno nie dziś.
Nie czuję się umierająca, nie leżę w łóżku. Nie umieram.

Chyba.

Na twarzy pani malowało się co najmniej zmartwienie. Na tyle, na ile jej stanowisko pozwalało, patrzyła na mnie ze współczuciem.
Zaznaczyła tylko, ze warto byłoby się nad ewentualnym testamentem zastanowić.  Nie dziwne więc, ze poczułam się tak jakbym wychodząc z banku miała zostać potrącona przez któregoś z szaleńców w czarnym bmw.

Na odchodne uśmiechnęłam się tylko życząc wszystkiego dobrego.

Do tej pory nie spisałam testamentu. Nie należę też do tych, którzy ubezpieczają się na wypadek siniaków na tyłkach.
Ubezpieczenie wykupuję wtedy, kiedy lecę daleko. Bardziej dla innych, niż dla siebie. Żeby nie musieli płacić za ewentualne sprowadzenie ciała.

No i jeszcze wtedy, kiedy lecę pewnymi liniami, o których to nigdy nic nie wiadomo...

Ale angielskie podejście do życia podziwiam, z lekkiego dystansu. Otwieram szeroko oczy, kiedy słyszę o tych wszystkich sprecyzowanych planach, określonych celach. I tez martwię się, zdając sobie sprawę, że tak mało tam miejsca na spontaniczność, na nie myślenie o tym, co  jutro, za tydzień, czy za rok.
Na nie myślenie o tych wszystkich wydarzeniach, które przed nami i na które nie mamy wpływu przecież.

I strach, żeby zbyt mocno się nie wychylać.

Dobrego dnia.

M.

Poranni. Nietypowi.

Pogoda, jak pewnie wszyscy już wiedzą ostatnio nam się popsuła.
Google mówi mi, że poranek tylko z dziesięcioprocentową szansą na deszcz, więc postanawiam dać sobie, krótko mówiąc na luz i pospać kapkę dłużej.
Ale, że budziki to z natury paskudne przedmioty i dają się przestawiać z minuty na minutę, nie pozostaje mi nic innego, jak ucinać sobie kilkuminutowe drzemki. Z dziesięć kilkuminutowych drzemek.
Mówiąc po ludzku - zaspałam i nie miałam innej możliwości jak tylko zadzwonić po taksówkę.
Ale dzisiaj wyjątkowo w jakimś super humorze nie byłam więc postanowiłam - niech się dzieje, co chce, niech myślą, że o, taka ze mnie niegrzeczna kobieta, ale rozmawiać nie będę. I już!
Przed poranną kawą, po budziku i ubieraniu się w pośpiechu, nie mam ochoty na gadkę, szmatkę pod tytułem: 'Ładną mamy jesień tego lata.'
Pan taksówkarz zdawał się nie być zainteresowany rozmową, co było mi na rękę. Do czasu.
Zaczęło się od pytania, czy chce jechać tą, czy tamtą drogą. Znaczenia to nie miało dla mnie żadnego, więc coś tam tylko odburknęłam, uśmiechając się kwaśno i wyraźnie dając do zrozumienia, że to powinno być pierwsze i ostatnie pytanie.
A potem będzie już tylko grzeczne: 'Do widzenia.'

Ja swoje, taksówkarz swoje.

Na szczęście.

Po krótkich pytaniach, gdzie pracuję i jak długo, zaczęłam sama pytania zadawać i to wcale nie z przymusu, ale ze zwykłej, ludzkiej ciekawości.
Okazało się, ze taksówkarz jest byłym policjantem, który przez bitych trzydzieści lat wsiadał każdego dnia w pociąg i dojeżdżał do Londynu. Kochał swoją pracę, bo każdy dzień był inny.
Kiedy w końcu przeszedł na emeryturę, przyzwyczajony do porannego wstawania, zdecydował, że zostanie taksówkarzem.

Kto mu zabroni?

'Na wakacje' - mówi - 'wyjeżdżam do różnych, dziwnych i nietypowych miejsc. Nie lubię wszystkich tych turystycznych destynacji z katalogów i plaży pełnych ludzi.'
'Dlatego ostatnio' - kontynuuje -  'wybrałem się, wyobraź sobie do...Polski. Inny kraj. W Europie, ja wiem, ale taki inny. Inna kultura i ludzie. I w ogóle, wszyscy tam piją wódkę! Ale dobrą ją mają.'

Dobrego dnia, 'nietypowi' (bo polscy) czytelnicy :)

M.


Catch the rain!

Od pewnego czasu, kiedy to odezwał się we mnie duch walki, kilka poranków w tygodniu mazeruję ok 6 km (i tyleż samo w stronę powrotną) do pracy.
Lato w Anglii zdecydowanie piękne więc w tym roku specjalnie powodów do narzekań nie ma.
Mieszkam na Wyspach już dziewięć lat. Przez cały ten czas nigdy, naprawdę nigdy nie byłam właścicielką kurtki przeciwdeszczowej, spodni, albo nawet zwykłego parasola.
Z tą kurtką to trochę kłamię, bo kiedyś kupiłam taką, super tanią na wyprzedaży ale i tak nigdy jej nie założyłam. Nie bardzo było do czego nawiązać. Stylowa nie jest, poza tym, ptak kiedyś w Budzie postanowił ją na bezczela oznaczyć.

Zresztą - czy kurtka przeciwdeszczowa musi być ładna? Albo stylowa nie daj, Boże?!

O urodzie kurtki wszak dyskutować nie będziemy.
Nie mam ani jej ani żadnego innego niezbędnego(?) do życia w tym kraju gadżetu.
Ot, żyję z dnia na dzień niespecjalnie  przejmując się parasolami...
Kiedy złapie mnie deszcz, bez specjalnego namysłu idę przed siebie, w myśl wpajanej od najmłodszych lat filozofii, że z cukru przecież nie jestem, więc roztopić się nie powinnam.
Ale klnę przy tym dziarsko, by potem obiecać sobie i wszystkim tym, którzy chcą mnie słuchać, że już nigdy przenigdy bez parasola, że w taki deszcz i dlaczego zaczęło padać akurat wtedy, kiedy nie jestem nawet w połowie drogi do tej cholernej pracy.
A po drodze wszystko przemaka, włącznie z ciuchami na przebranie, które miały być świeże, pachnące i czyste. No i przede wszystkim suche!
Sześć kilometrów zmienia mi się w długie dziesięć, ludzie  w samochodach przyglądają się mokremu straszydłu zza szyb suchych i ciepłych samochodów i nikt nawet nie raczy się zatrzymać!
Kiedy spaceruje w upale, co chwilę pojawia się ktoś, kto chce mi pomóc, podwieźć, porozmawiać chwilę.
Ale kiedy drepcze w deszczach i kopię z całej siły we wszystko, co stanie mi na drodze to żaden kierowca nawet nie pomyśli, żeby się zatrzymać! Zapewne w obawie przed zabrudzeniem i zamoczeniem tapicerki. Ot, co!

A prawdą najprawdziwszą jest to, że trzeba nam po prostu sprawdzać pogodę.
Najlepiej pięć razy dziennie, jak to robi większość rasowych Anglików.

Wygląda na to, (o czym miałam się przekonać po tak długim czasie) że pogoda w Anglii to nie tylko temat rozpoczynający wiele rozmów. To bardzo istotna sprawa w życiu każdego Wyspiarza!
Może właśnie dlatego nie widuję ich samotnie spacerujących w deszczu. Anglik wie przecież, kiedy będzie padać!

Dobrej niedzieli,

M.

Small talk albo jak nie zginac w kuchni.

Zdarza sie (dla tych pracujacych w biurze bardzo czesto), ze w czasie przerwy wychodzimy na chwile do kuchni zaparzyc sobie kawy.
Przy okazji obrabiamy komus tyl tu i owdzie i dwie minuty zamieniamy w dziesiec plotkujac o tym, czy o tamtym.
I fajnie, kiedy rozmawiamy z kims kogo znamy i lubimy.
Inaczej sie robi, jak spotykamy w kuchni osobe, ktora widujemy od czasu do czasu no i usmiechac sie  przy robieniu tej nieszczesnej herbaty nie wystarcza.

Temat pogody wydaje sie jednym z tych najbezpieczniejszych.
Co wiec zrobic kiedy utkniemy w kuchni z jednym z kolegow, ktorego nawet imienia nie zdazylismy zapamietac?
Polecam wymowne spojrzenie przez okno i wypowiedzenie tych oto slow:


Dziala!
Mezczyzna, ktorego widuje od czasu do czasu w pracy pojawil sie dzis znienacka zupelnie w kuchni zrobic sobie kawe. 
Ja chyba do ciszy przywyklam i jakos mnie ona nie dreczy. Nie musze gadac, zeby gadac, ale tez gburem chyba nie jestem, wiec z grzecznosci pytam zwykle, jak sie ta osoba miewa. 
Kiedy po wymianie uprzejmosci, w kuchni gestnieje cisza, trzeba skomentowac pogode. 
Ze brzydko.
Ze pada a coz to za lato z deszczem w tle. Albo , kiedy nie deszcz tylko slonce, to trzeba nam to skomentowac slowami, ze coz...zbyt goraco jest dzis i jakas burza by nam sie przydala w tym zapomnianym przez bogow zakatku.
Kiedy rozmowca nie podejmuje tematu a szczesliwie jest z innego kraju, zawsze mozna go zapytac o pogode (i co odwazniejsi o pore roku) jaka tam aktualnie panuje.
A potem polecam jeszcze kilka pytan dotyczacych tego, czy dana osoba jest dzis bardzo zajeta, czy ma duzo pracy...a kiedy pytania o prace sie wyczerpia, zawsze mozna zapytac:

'A co ty wlasciwie robisz?'

Teoretycznie powinnismy  uslyszec satysfakcjonujaca nas odpowiedz. 
A, ze robienie kawy czy herbaty nie zajmuje zwykle dluzej niz kilka minut - powinno nam to pomoc zakonczyc nasza rozmowe.

Dobrego dnia!

M.

Chcę więcej czyli konsumpcjonizm po angielsku.

Są takie dni kiedy zastanawiam się, czy przypadkiem gdzieę się nie zagubiłam. Lubię myśleć, że na zmiany nigdy nie jest zbyt późno i w nadziei na lepsze czasy knuję plany, które gniją gdzieś potem. Niezrealizowane.

Dlaczego konsumpcjonizm?

Każdy z nas z reguły pracuje bardzo ciężko od poniedziałku do piątku. I kiedy nadchodzi upragniony weekend, człowiek chce się po prostu odstresować. Poczuć się lepiej, a przede wszystkim kupić coś fajnego.
Przecież pracuje.
No przecież zasłużył!
To jedne z najczęstszych wymówek, które powtarzamy sobie wychodząc ze sklepu dzierżąc w rękach kilka toreb. I zapewne nie byłoby w tym nic złego gdyby nie fakt, że po tych zakupach jest jakoś lepiej...Ulga, uśmiech, radość.
Co z tego, że na półce położę piątą buteleczkę perfum?
Co z tego, że w szafie zawiśnie kolejna sukienka?
Pary butów rosną w liczbę a ja, szykując się każdego dnia do pracy, klnę na czym świat stoi.

Bo potykam się o nie na każdym kroku.
Kiedy zdążyłam ich tyle nakupić?
Kiedy zdążyłam cały swój przedpokój  zawalić różnymi butami?! Takimi na obcasie, trampkami. Japonki, które rosną w liczbę...
Jak  to się stało, że nagle potrzebuję trzech szlafroków a nie tylko jednego?
Kiedy się stało, że potrzebuję więcej perfum, a wcześniej cieszyłam się z pierwszych, przepięknych, które dostałam w prezencie za ciężko zapracowane (i pierwsze) pieniądze. Koszule, marynarki do pracy?
Sukienki, które wiszą czasem jeszcze z metką, bo czasu, albo okazji, żeby je załozyć po prostu nie ma.

To chyba przede wszystkim.

I najgorsze. Jak człowiek przepuścił moment, kiedy cieszył się ze zwyczajnego? Doceniał, uśmiechał się na sprawy różne. Teraz, jakby...byle jak.

Centra handlowe coraz większe przyciągają swoimi rozmiarami. Niedziela? Tylko w Blue Water.
Wokół słyszy się o większych, piękniejszych domach. W lepszych dzielnicach, czy hrabstwach kraju. Droższych. No to kupujemy. Cztery sypialnie, ogromny kredyt. A potem pracujemy na niego przez kolejne dwadzieścia pięć, trzydzieści lat. Jak dożyjemy.
Nie wyjeżdzamy, bo po co? Po co nam przeżycia, przygody, wspomnienia?
Lepiej w weekend wyjść do sklepu, oblepić się torbami, usiąść przed iluś- tam calowym telewizorem i oglądac czyjeś życie.
A potem je komentować.

Bo jesteśmy przecież ekspertami od wszystkiego. Tylko nie od swojego życia.
Konsumpcjonizm w Anglii jest ogromnym zjawiskiem. Wystarczy w sobotę przejść się do centrum handlowego.
Ludzie wmawiaja sobie, że na to zasługują, że tak trzeba, a w końcu, że przecież wszyscy tak robią. Życie na Wyspach przekształciło się w jakiś szablon, który przestaję rozumieć.
Często w czasie rozmów otwieram swoją pyskatą buzię i mówię swoje zdanie.
Ale bywają też chwile, kiedy z niemocy, złości (że tak gonimy), zakładam słuchawki na uszy i włączam muzykę, która odciąga mnie od pustych rozmów, idiotycznych uwag i wszechobecnym:'mieć.'

Coraz trudniej jest mi znieść konwersacje, które krążą wokół pieniędzy i chęci posiadania.
Nie lubię, kiedy wmawia mi się, że tak wypada, że tak żyć trzeba. Nie znoszę, kiedy mówi mi się o jakiej porze roku mam jechać na wakacje. Ale za to uśmiecham się, kiedy widzę spojrzenia ludzi mieszające się z politowaniem jakby, kiedy zamawiam bilety na późną jesień.
Wtedy prawie nikt z tych 'normalnych' których na codzień spotykam nie pakuje walizek i nie wyjeżdża na 'wakacje życia' bo i w Tajlandii wtedy poleżeć nie można.

Za to ja spakuję wtedy plecak i wyjadę. A oni tego nie komentują, Przynajmniej nie w mojej obecności.

Warto sobie przypomnieć, że chcę być.

A nie mieć.

M.

'Pilka jest jedna, a bramki sa dwie.'

Wdarla sie w moj rozum niewatpliwa watpliwosc. Dotyczyla sprawy blahej, raczej nieistotnej a mianowicie futbolu.
'Pilka jest jedna , a bramki sa dwie', jak to ktos kiedys odkrywczo powiedzial.
W poprzednia sobote zarowno Wlochy jak i Anglia bardzo chcieli w te bramki trafic. Zlozylo sie tak, ze Wlochy wyszly z boiska z podniesiona glowa a Anglia z podkulonym ogonem.
Przynajmniej teoretycznie.
Poniedzialkowy poranek zaskoczyl mnie flaga, ktora beztrosko zwisala z krzesla jednego z moich kolegow.
Wlocha, rzecz jasna. Jakby tego bylo malo Wloch ow mial dzis na sobie koszulke z ktorej dumnie krzyczal napis:'Italia'.
Kiedy zaczelismy prace i biuro zapelnilo sie coraz wieksza liczba ludzi, kolega Wloch wstal z krzesla, owinal sie flaga, pomachal nia, usmiechnal sie i usiadl.
Angielscy kibice popatrzyli nan z widoczna pogarda i...wrocili do swoich zajec.
Nikt szczegolnie nie komentowal zachowania znajomego do czasu, kiedy ten zaczal wracac do meczu i opowiadac, jak duma go rozpiera i jaka radosc w nim pulsuje z powodu zwyciestwa. Jakby conajmniej strzelil te cholerne gole.
Kiedy co niektorzy z moich angielskich kolegow przeczytali juz wszystkie maile i zaczeli powoli wracac do zycia, postanowili z lekka przypomniec Wlochowi, gdzie jego miejsce.
Ze chodzic z flaga nie mozna. Bo prowokacja.
Wykrzykiwac hasel bron Boze, bo w morde dostaniesz.
A potem mozesz byc zly tylko na siebie za glupote swoja i nierozwaznosc.
I nie mowiono o haslach obrazajacych angielska druzyne, ale o tych wychwalajacych wloska.
I ja, miedzy tymi mailami, praca wszelaka zagotowalam sie ze zlosci.
I mimo, ze pilka nozna naprawde nie jest mi do zycia potrzebna, zwlaszcza teraz, kiedy w telewizji tylko zielona trawa...Mimo, ze swiat bez watpienia moglby istniec  bez tych dwudziestu kilku szalencow ganiajacych za jedna pilka...Mysle sobie:'nie popuszcze.'
I pytam ( a moze stwierdzam raczej), czy to kraj wolny. Ze kibicowac moze kazdy. I komu chce.
Tak czy nie?
I cisza.
'Aha' -mysle. Twierdza, ze chrzanie od rzeczy tylko jeszcze nie wiedza jak mi o tym powiedziec.
Niesmialo przekonuja, ze to nierozsadne.
Nie kupuje.
Okna powybijac moga, skopac, splunac.

Ciekawe - mowie. I brne dalej. Ze myslalam, ze tego juz nie ma, ze to historia, brednie jakies. Bo przeciez Anglia to cywilizowany, tolerancyjny kraj i nikt nikomu krzywdy nie zrobi za inne poglady! Nawet jesli konczylyby sie one na tym, komu kibicuje przed wlasnym telewizorem we wlasnym mieszkaniu do jasnej cholery!

Ja swoje, oni swoje.

Rozumiem, ze bedac tutaj powinnam kibicowac Anglii (jesli zalozymy, ze futball jako taki mnie w ogole obchodzi) ? Wszystko na to wskazuje, bo kiedy jedna z moich znajomych ucieszyla sie ze zwyciestwa Wloch, uslyszala od Anglikow (cytuje):

'Why don't you fuck off and go to Italy, then?'

Moze w takim razie stacja bbc posprzata troche na swoim podworku, zanim wypusci kolejny (idiotyczny i jednostronny ) dokument o polskich kibicach.

Amen!

M.

Szczur korporacyjny to...ja?

Chyba nie szybko wpadlabym na pomysl napisania notki na temat korporacji, gdyby nie fakt, ze wielu ludzi w Polsce pytalo mnie o nia jednoczesnie kiwajac glowa ze wspolczuciem.
Odnioslam wrazenie, ze korporacja w ich mniemaniu to zlo ostateczne, ze nie warto, bo wysysa energie, zabiera wolnosc i nie pozwala normalnie zyc.

Prace w tak zwanej korporacji zaczelam kilka lat temu. Byl to moj swiadomy wybor. Mysle, ze chcialam sobie wtedy wiele udowodnic. Jako emigrantce z kompleksami, zalezalo mi, by pokazac na co naprawde mnie stac. Nie chcialam zmywac garow w restauracji do konca mojego zycia, ani tez lutowac alarmow przeciwpozarowych jak to w mojej emigracyjnej karierze bywalo.
Mialam ( i nadal mam ) szacunek do kazdej pracy, ale fabryka od poczatku nie byla moja bajka, a ambicja czesto uwierala i kazala szukac czegos lepszego.
Ostateczne odejscie ze stanowiska 'kobiety ze srubokretem' pozowolilo mi na poswiecenie mojego cennego czasu na rozsylanie cv, pisanie maili, pukanie do drzwi agencji rekrutacyjnych...Szczescie w koncu sie do mnie usmiechnelo i rozpoczelam prace na stanowisku 'czlowieka od wbijania danych w komputer'.

Niedlugo minie szesc lat od momentu kiedy pierwszy raz przekroczylam prog tej firmy. Zdarzaly mi sie rozne sytuacje i rozne stanowiska. I o ile te poczatkowe   byly raczej luzne , czesto okraszane firmowymi wypadami do pubow, wieksza radoscia i zyczliwoscia , o tyle z uplywem lat, wszystko nam sie zaczelo zmieniac.

Nie wiem, czy tak jest w kazdej korporacji, bo do tej pory pracowalam tylko w jednej, ale tutaj wielu z nas, z biegiem czasu zaczelo awansowac i isc w swoim kierunku. Nie bylo w tym oczywiscie niczego zlego. Dobrze przeciez, kiedy czlowiek sie rozwija.

Przez caly ten czas nie slyszalam nigdy nic zlego o tzw. szczurach korporacji. Ot, kazdego dnia zjawialam sie w pracy punktualnie. Zdarzalo sie, ze wychodzilam wczesniej (kiedy byla taka potrzeba), ale tez i pozniej (kiedy byla taka potrzeba).
Nikt, nigdy nie straszyl mnie zwolnieniem, ani tez nie karmil typowymi, korporacyjnymi tekstami.

Tym bardziej dziwi fakt, ze o pracownikach korporacji tak wielu ludzi wypowiada sie bardzo negatywnie.
Ja osobiscie nie czuje sie niewolnikiem firmy w ktorej pracuje. Nigdy tez tak nie bylo.
Mam jednak swiadomosc, ze spelniam czyjes marzenia. Bo ktos kiedys wpadl na pomysl stworzenia swojej firmy. Chcial zmienic przemysl, a przy okazji zarabiac dobre pieniadze.

Mowi sie o nas, ze jestesmy tylko trybikami w wielkich maszynach. ze nic nie znaczymy, ze mozna nas szybko zastapic drugim czlowiekiem. Co ja na to? Swoja prace staram sie wykonywac, jak najlepiej. Codziennie sie ucze. Nie mysle o sobie, jak o kims szczegolnym. Mam tez pelna swiadomosc, ze gdybym pewnego dnia nie zjawila sie rano w pracy, to swiat by sie nie zawalil.
Najpewniej, za kilka krotkich tygodni znaleziono by kogos na moje miejsce. Nikt nie jest niezastapiony. I szczesliwie dotyczy to nie tylko wielkich molochow zatrudniajacych tysiace ludzi na pieciu kontynentach.
Tak po prostu dziala ten swiat.

Znam ludzi, ktorzy co poniedzialek narzekaja, ze weekend za krotki, pogoda nie taka i klient znowu sie skarzy. Ale, kiedy powiesz im, zeby sie zwolnili, to oni odpowiedza, ze nie tak latwo, bo dziecko jedno a drugie w drodze. Bo kredyt splacic trzeba i cos do garnka wlozyc...Zapewniam Was, ze takie slowa wypowie kazdy pracownik. I nie bedzie istotne, czy to korporacja, czy warzywniak na rogu. Bo za cos zyc trzeba.

Oczywiscie, zdarza mi sie usiasc w moim malym mieszkaniu, ktore najpewniej bede splacala przez kolejne dwadziescia piec lat i zamarzyc o czyms innym. Ostatnio zupelnie zatracilam sie w pedzie i mysleniu, zeby bylo lepiej i wiecej.
Czlowiek latwo zapomina o czym w tym wszystkim tak naprawde chodzi i jak to spiewa Mistrz:

'Nikt nie pamieta po co biegnie.
Czy na pewno po szczescie, czy sam bieg nie jest biegu sensem...'

Ale to nie wplyw korporacji, tylko znak naszych czasow.

I zdecydowanie temat na inna historie.

Dobrego dnia!

M.

Czas spelnienia!

Klub Cargo w Londynie ma to do siebie, ze jest niewielki. I bardzo klimatyczny.
Nie dziwi wiec, ze wchodzac do piwnego ogrodka spotykamy chlopakow z Indios Bravos dyskutujacych zywo na temat charakteru swoich dzieci. Widac, ze ktos tutaj zostal ojcem...Zaskoczenie  mimo wszystko maluje sie na mojej twarzy i spotykajac zespol, zwykle: 'czesc'  staje w gardle. I moze chociaz usmiech niepewny jest pewna komunikacja? A mezczyzni., bo przeciez juz nie chlopcy okazuja niezwykly dystans do siebie, bo kiedy przechodzi kelnerka informujac, ze ogrodek bedzie zamykac, bo jakas impreza ma sie odbyc, oni z usmiechem tylko odpowiadaja, ze wlasnie na niej beda grac.

A na koncercie...Przy scenie blisko odbywa sie spektakl. Na scenie...Sama prawda. Dzwieki starszych utworow porywaja wszystkich. Nowe - spokojniejsze - kolysza.
Starsze plyty Indiosow to chyba poszukiwanie swojego miejsca na ziemi, swojego ja i charakteru. Okreslanie samego siebie i bunt przeciw temu, co wokol.
Nowy krazek to spokoj i ukojenie. To tak jakby powiedziec, ze juz nie ja tylko, ale my.
Pieknie spogladac na ludzi, ktorych sluchasz, ktorzy towarzysza Ci swoja muzyka co jakis czas i miec ta swiadomosc, ze razem dojrzewamy. Idziemy w podobnym kierunku, moze troche innymi sciezkami, ale cel jest wspolny.
I pieknie tez wi(e)dziec, ze nie zawiedli cie w zaden spsosob. I nie mam tutaj na mysli muzyki, albo rodzaju plyt bo nie nam wybierac. Mam raczej na mysli ich bycie ludzmi konsekwentnymi w swoich wyborach. Daje to swego rodzaju poczucie bezpieczenstwa i pewna przynaleznosc. A kiedy przed koncertem nie piszesz w glowie wlasnych scenariuszy to tym piekniejsze zaskoczenie i ciagla radosc z bycia tu i teraz.

Mogli przyjechac, zagrac kilka utworow i zejsc ze sceny. Zamiast tego, dali nam najlepsze, co mieli. I niewatpliwie  rozmiary Cargo,  sprzyjaja takim zblizeniom, ale chocby i klub byl najmniejszy - to artysta decyduje o tym, jak bardzo chce sie zblizyc do publicznosci.  I chociaz nie urodzilam sie wczoraj i plasalam w zyciu  na niejednym koncercie to pierwszy raz widzialam, zeby artysta zszedl zwyczajnie ze sceny w tlum, zeby pobyc z nim przez chwile.

Kazda zarwana noc a potem oczy zamykajace sie przed komputerem w pracy - wszystko warte takich emocji, takiej radosci, takiej energii. Zdarte gardlo, lapanie snu w drodze do domu, zimne stacje metra i uchwycanie mysli, zeby zdazyc o wszystkim opowiedziec.

Polecam kazdemu!

M.


Przychodzi baba do lekarza...

A lekarz...?

Umówmy się, że hipochondryk ze mnie żaden. Obudziłam się kilka dni temu z podrażnionym gardłem, zła na caly swiat bo glos jest poniekad moim narzedziem pracy. Wiedzac, ze mam tego dnia umowiona rozmowe z jednym z moich klientow, postanowilam kurowac sie tu i teraz i nie pozwolic sobie na niedyspozycje.
Wyposazona we wszelkiego rodzaju pastylki, dropsy i tabletki, udalam sie do pracy. Resztkami sil dokonczylam rozmowe. Resztkami sil doczlapalam sie na silownie...A potem bylo juz tylko gorzej. Niestety.
Na poczatku myslalam, ze moje londynskie harce szukaja ujscia i po prostu zbyt mocno poczulam nadchodzaca wiosne :)
Wieczorem zebralam swoja armie w postaci plynow i tabletek i zaczelam walczyc.Po drodze postanowilam tez wyprobowac starych i sprawdzonych przeciez metod moich babc. Woda z sola, mleko z miodem i czosnkiem...Nawet kieliszek wodki przed snem. Zadnych rezultatow. Nic!
Do lekarza isc nie chcialam, bo robie to naprawde w ostatecznosci. Nie jestem z tych co to biegna zobaczyc bialy kitel, kiedy tylko gardlo zaboli.
Brak formy robi jednak swoje.

Dodzwonienie sie do brytyjskiego NHS nie ustepuje w niczym probom kontaktu z naszym rodzimym NFZ. Zapewniam Was, ze ilosc wykonanych polaczen przekroczyla znacznie racjonalna liczbe. Ale poddawac sie nie zamierzalam. A co! Po wytlumaczeniu co sie dzieje aktualnie z moim cialem, pani recepcjonistka poprosila tylko, zebym zadzwonila za godzine. Mialam wiec w perspektywnie kolejne nieodebrane polaczenia. Zabralo mi to troche nerwow, i 'troche' czasu, ale dzwonic nie przestawalam.
Na szczescie zaproponowano mi wizyte na nastepny dzien.

Pan lekarz, raczej chlodny niz mily zapytal w czym problem. Osluchal, podumal. Zmierzyl mi temperature, zapytal o dodatkowe objawy.
Gardlo zawalone, glos jakby ze studni, wysypka na szyi. Swedzaca, doprowadzajaca do szalu...Poza tym problemy z przelykaniem, dreszcze, bole miesni...
Antybiotyk, prosze pana doktora?  Nie, nie  bardzo. Moglabym dostac jeszcze gorszej alergii.
Paracetamol w domu ma?
No ma.
To niech zazywa.
Odpoczywac duzo. Spac, jak trzeba.
I brac tabletki na alergie.

Czyli po alergii sladu za kilka dni byc nie powinno.

Rozumiem, ze inne symptomy znikna rownie szybko. I jak mniemam - samoistnie?!

Duzo zdrowia!

M.

Hej Wy! Lon-dyn-czy-cy!

Nie mialam ochoty na ten wczorajszy Londyn. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zdawaly sie mowic, ze tam po prostu nie dojade. A juz na pewno nie transportem publicznym.
Na poczatek dowiedzialam sie, ze na jednej z tras pociag bedzie zastapiony autobusem. No i na tej tez trasie autobus sie...Zepsul. Brytyjczycy, jak to oni zaczeli narzekac i przeklinac na czym swiat stoi i czekali, czekali, czekali.... Kto wie, moze niektorzy z nich czekaja tam do dzis?
Koncert zblizal sie wielkimi krokami, wiec nie moglam tracic czasu. I tak, pomaszerowalam na stacje oddalona o kilka mil. Ktos jednak (albo cos) czuwal nade mna i zaden diabel mnie nie zmusil, zebym wlozyla na nogi szpilki.  Londynu mi sie zachcialo. Jak cholera.
No a potem to miasto przywitalo mnie niechcianym tlumem na ktory naprawde nie mialam ochoty. Wszyscy gdzies pedzili, cos kupowali a ja jakby w te druga strone, nieusmiechnieta, niezadowolona jakas. Jakby sobotnie zakupy na Oxford Street byly zjawiskiem niezwyklym, rzadko spotykanym. Jakbym w Londynie pierwszy raz byla, zdziwiona, niespokojna. A chcialam tylko perfumy powachac, ktore swoja droga nie pachna (slyszeliscie kiedys o Molecule 01?) wiec postanowilam wydac pieniadze w ciemno. Wciagnelam w ten swoj spisek dodatkowo jeszcze moja kuzynke, dla ktorej, jak ten cud nie zacznie pachniec tu i teraz to najpewniej, przy najblizszej okazji wsadzi mi buteleczke w gebe i zazada zwrotu pieniedzy. A, ze (o dziwo!) zasada pod tytulem satysfakcja gwarantowana lub zwrot pieniedzy dla tego sklepu nie istnieje, to wyglada na to, ze bede musiala wysuplac funty z mojego wlasnego portfela :)
Ale przeciez  na swoja obrone moge powiedziec, ze na internecie (sic!) pisali i oni wiedza, i mowia, ze trzeba dac tym perfumom (ktore nie pachna) szanse, kilka dni nawet. Wiec od wczoraj usilnie, przekonuje swoje konto, cialo i dusze, ze nie wydalam pieniedzy na butelke wody mineralnej, a ten plyn, w tej butelce bez nakretki to naprawde niesamowite zapachy. Bo w ostatecznosci moze sie okazac, ze dalam sie nabrac jak emeryci na magiczne garnki. A tyle sie o tym mowi, Magdaleno :)
I tak oto, ze swiadomoscia dokonanego wyboru (perfumy albo nocleg) i checia uspienia wyrzutow sumienia, wybralysmy sie w koncu, zeby posluchac naszych Dam...



'Sorry Polsko
Wybacz mi.
Wystarczajaco, przerazajaco jest...zyc.'

Zdarlam gardlo na tym utworze! Kiedy Maria Peszek pojawila sie na scenie, przeszly przeze mnie ciary i pojawila sie gesia skora. Nie wiedzialam, nie oczekiwalam, nie spodziewalam sie wreszcie, ze ta badz co badz niewielka postac ma w sobie tyle pozytywnej energii, tyle swiatla, czadu, i jeszcze taki (!) glos!
W tamtym roku dostalam jej plyte, wiec sila rzeczy wyladowala gdzies w samochodzie. Troche mi towarzyszyla, troche nie. Raz ja lubilam, inny razem zdzierzyc nie moglam. Po drodze Peszek dawala swoje koncerty w Londynie, ale zadna sila nie byla w stanie mnie zmusic do kupna biletu. Jej plyta (o czym zreszta glosno powiedzialam) wydawala mi sie troche jak ta jej depresja na hamaku w Tajlandii. Przeszkadzala mi i draznila. Ale sluchalam jej, spiewalam i powoli zaczynalam rozumiec. Po raz kolejny utwierdzilam sie w przekonaniu, ze z plytami jest troche jak z czlowiekiem. Powinno dawac sie szanse, nie sluchac innych, uwierzyc sobie a przede wszystkim nie wydawac pochopnych opinii. Ja wydalam. Jak zwykle.
Pomylilam sie, bilam sie w piersi i na konecrt poszlam juz z wieksza swiadomoscia.
Peszek nas rozwalcowala. Byla ostra, bezczelna, prowokacyjna. Byla silna, swietnie sie bawila i panowala nad publicznoscia. To ona nam mowila, co mamy robic. Kierowala nami, a my szlismy za n i a, spiewalismy z ta dama, dalismy sie wciagnac w jakis niesamowity wir. Trzymala nas wszystkich pod jednym swoim paznokciem. Bylo mi malo! Tyle emocji, tyle wrazen, buntu a mnie wciaz bylo malo!
A ona? Nie przejmowala sie. Prowokowala, wyciagala z nas ostatnia energie i pot a uwierzcie mi, miala ta Pani bardzo ciezkie zadanie po cichej i przeciez tak bardzo innej Kasi...

Nosowska wystapila jako pierwsza. I kazdy, kto choc raz byl na jej koncercie, albo na koncercie Hey, wie i wiedziec powinien, ze Kasia nie mowi. Kasia stoi  i spiewa. I piekna jest.
Wchodzi na scene i jest jej dama. To, co zazwyczaj wykonuje, teksty wlasnorecznie napisane sa dla mnie uczta. Nosowska jest moja...Nosowska jest glosem nas wszystkich. Wpisuje, spiewa nam najpiekniejszymi slowami wszystko to, co chcemy powiedziec, ale z jakis powodow nie umiemy ubrac w slowa naszych przezyc. Towarzyszy mi od kilkunastu pieknych lat.I nie przestaje. Popijam z nia kawe, kiedys razem palilysmy papierosy. Pije z nia wodke przy 'Kto tam u ciebie jest?' i prowadze filozoficzne debaty przy 'Kto?'
A kiedy laduje w Polsce, w glowie mam nic innego jak 'patchwork uszyty z wojewodztw'
Ona mowi, to co ja bym powiedziala. Gdybym tylko byla tak piekna i madra.
Gdybym mogla, kazalabym kazdemu posluchac jej plyty. Kasia wiec stoi i spiewa. Wystarczy, zeby za kazdym razem rozerwac mi flaki.

Ostatnia wystapila nam Brodka. Piekna, mloda i bardzo zdolna. Ja wiem, ja wiem, ze Idol juz dawno za nia, ale jak ta kobieta dojrzala! Wyrosla i zaloze sie, ze miala pelna swiadomosc, ze wystepuje w tak niezwyklym i doborowym towarzystwie. Bawila sie swietnie i chociaz nie odrobilam pracy domowej i nie przyjrzalam sie blizej utworom...To na pewno moge powiedziec, ze na jej koncert jeszcze nie raz sie wybiore. Zeby bardziej dotknac, posluchac, zrozumiec. Rosnie nam swietna artystka!

Piekny to koncert byl!

M.