Zamknij oczy, otwórz buzię, czyli jak 'ugryźć' Nepal?

Podróż to nie tylko nowe budynki, ludzie i kraj.Świadomość, że przez kolejne kilka tygodni nie będziemy mieli dostepu do potraw, które lubimy i do których jesteśmy przede wszystkim bardzo przyzwyczajeni zmusza nas do próbowania nowych, lokalnych smakołyków.
I chociaż niektóre z nich zapewne nie przypadną nam do gustu, to samo poszukiwanie nowych smaków jest  równie ekscytujące, jak rozmowy z nowo poznanymi ludźmi.

A co można znaleźc w Nepalu?
I przede wszystkim : z czym to się je?


Momo (pieszczotliwie nazywane przeze mnie momoskami).

Gruzini mają khinkali, my mamy nasze pierogi a Nepalczycy...Momo.
Momoski wyglądają bardzo podobnie do naszych pierogów. W zależności od preferencji, można zakupić momki nadziewane mięsem drobiowym, bawolim lub warzywami. Można też spotkać takie z nadzieniem serowym. Do wyboru mamy również Momo gotowane na parze lub smażone.
Za porcję momo (10 sztuk) z nadzieniem mięsnym zapłacimy na Thamelu ok. 100 -120 NPR.
My wybraliśmy się trochę dalej i na Durbar Square znaleźliśmy wyborne momki za 50NPR, czyli niecałe 2 złote. Prawda, że okazja?
W tym niewielkim, za to przepełnionym do granic możliwości pomieszczeniu znajdowało się
zaledwie kilka krzeseł i ogromny kocioł w którym gotowano momki. No i my, rzecz jasna - biała para wśród localsów. I oto nam właśnie chodziło! Jeść tam, gdzie nie jest to oczywiste i szukać miejsc do ktorych turyści z reguły nie zaglądają. Ja, ta co to przeczytała mnóstwo informacji na temat Nepalu, jakoby knajpy dla localsów były poukrywane w bocznych uliczkach, niejednokrotnie musiałam przepraszać za wchodzenie komuś do domu. Ale okazało się (jak w wielu miejscach zresztą), że uśmiechem można wiele załatwić i Nepalczycy nigdy nie robili problemu z tych niespodziewanych wizyt w ich kuchni :)


Dal Bhat 

Czym jest Dal bhat i jak wygląda? 
Dal bhat to posiłek skladający się z ryżu i zupy z soczewicy. Jest podawany przeważnie z warzywami i czasem mięsem z kurczaka albo rybą.
Jest to raczej typowa, nepalska potrwa, którą można spróbowac w wielu rejonach kraju.
Nam udało się ją znaleźć w niewielkim domu - restauracji.
Spacerowaliśmy ulicami Pokhary w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, kiedy to pewien pan gestem ręki zaprosil nas do siebie. Nie byłam pewna, czy już jesteśmy w czyimś domu, czy w pomieszczeniu na kształt restauracji. Wewnątrz znajdowało się kilka stolików i kuchnia w której krzątała się najpewniej żona właściciela. Nie moglismy znaleźć menu, dlatego zapytaliśmy wlaściciela o potrawy godne polecenia no i czy mogliby ugotować nam ten słynny dal bhat o którym tyle słyszeliśmy, ale do tej pory nie mieliśmy szansy go skosztować. I po raz kolejny przekonaliśmy sie, że w Nepalu nie trudno ugotować 'coś z niczego' a zasady są bardzo proste. To, że myślimy, że czegoś nie ma wcale nie oznacza, że nie da sie tego wyczarować. Dosłownie.
Dlatego kilka chwil poźniej zajadaliśmy się gorącym dal bhat nie do końca wiedząc 'z czym to sie je'
Właściciel przybytku, jak wielu Nepalczyków nie szczędził nam rad i dokładal, dokladał, dokładał...

Ja w tak zwanym miedzyczasie zdążyłam się zaprzyjaźnić z cudownym, nepalskim dzieckiem, które skradlo moje serce!
Czteroletni Arbik okazał się niesamowicie uroczym Malcem z którym (mimo bariery językowej) rozmawiało mi się z wielką przyjemnością.
Po raz kolejny, na własnej skórze przekonałam się jak niewiele nam potrzeba i jak wiele może zdziałać bezinteresowny i szczery uśmiech dziecka...
Albo też fakt, że ci, którzy maja najmniej mają najbardziej otwarte serce i chęć do podzielenia się wszystkim, co posiadają. Mały arbik wzruszył mnie bardzo, kiedy z małej kieszonki spodni wyjął kilka chipsów owiniętych gazetą.
'Jedno dla Ciebie, drugie dla mnie' -powiedział.

I skradł moje serce ten mały, nepalski chłopiec.

A Dal bhat wyglądał tak:




Zupa pomidorowa!


Czytałam kiedyś, że w Nepalu, na Thamelu podają najlepszą. Nie bardzo chciałam w to uwierzyć, bo znam kogoś, kto gotuje taka, że palce lizać!
Z zupa pomidorowa jest troche, jak z rosołem - każdy gotuje inny. W uwielbieniu do samej siebie zdarza mi sie nawet myśleć, że lepszej pomidorówki niz ta w moim garnku nie jadłam nigdy!
A potem próbuję innej i okazuje się, że tez nie jest taka zła :)

W Portugalii swego czasu zajadałam się taka najlepsza pod słoncem i żadnej takiej nigdzie, nawet w moim ukochanym Stargardzie!
Potem próbowałam ja odtworzyć na Wyspach, ale coś zdecydowanie poszło nie tak...Może klimat nie ten?
Przegladając jednak menu w jednej z nepalskich knajp, przpomniałam sobie o tym, co czytałam wczesniej i jak bardzo, koniecznie i bez sprzeciwu trzeba spróbowaćtamtejszej pomidorówki!
I co się okazało?
Że jest zwyczajnie najlepsza!
Kiedy curry wychodzi Ci już uszami i naprawde nie masz ochoty na wszystkie ostre i bardzo charakterystyczne przyprawy, poproś o zupe pomidorową.
Mnie przywróciła do życia totalnie, kiedy już zmęczona, zniechęcona i marudna chciałam zjeść coś lekkiego, żeby w końcu mój żołądek przestał się 'czepiać' :)
Zupa była z dodatkiem czosnku, szafranu i grzanek.
Palce lizać!

I jak? Prawda, że podróże to nie tylko nowe miejsca, budynki i ludzie? To też potrawy, ktorych smaku długo jeszcze nie zapomnimy, ale, który tak trudno będzie odtworzyć po powrocie do domu.

I przy okazji...Szczęśliwych powrotów!

M.





No comments: